Polska – Gazeta Wrocławska z 19 stycznia 2010 r.
Z dr. Bogusławem Bednarkiem z Uniwersytetu Wrocławskiego, znanym z programu telewizyjnego "Labirynty kultury", rozmawia Małgorzata Matuszewska
Do kin trafił film "Wszystko, co kocham" o fali muzyki punkowej lat 80. Teatr Muzyczny pokaże musical "Hair" o hipisach. Mnogość subkultur wzbogaca kulturę?
Jedne kultury są ekspansywne, inne niszowe, co niewątpliwie wzbogaca życie społeczne. Leon Chwistek słusznie mówił: "Chcemy siusiać w różnych kolorach". Ale też nie każda mnogość z natury rzeczy prowadzi do czegoś, co jest w sferze wartości istotne i niezbędne. Subkultury wiodą także do narcyzmów, zdziczenia obyczajowości, rodzenia się nieuzasadnionego przekonania o niepodważalnie słusznym oglądzie świata i dewiacyjnych sposobach wartościowania innych.
Po stronie przedstawicieli subkultury czy po drugiej stronie?
W interakcji, czyli po obu stronach. Wiele problemów rodzi się z braku umiejętności pogadania z "innym", wyłożenia swoich racji. Do punkowców miałem zawsze stosunek ambiwalentny, bo z jednej strony ruch był innowacją, czymś opozycyjnym wobec siermiężnego, jednowymiarowego świata, z drugiej zaś prowadził do pewnej brutalizacji, szerzenia mitu twardziela, który nie musi się liczyć z niczym.
Wyrażanie inności często wiąże się z muzyką?
Na ogół tak. Mocne uderzenie, hałas, rytm w końcu wyłączają intelekt. Chwilowe oszołomienie staje się receptą na egzystencjalne traumy niespełnienia, kompleksy. Nasze receptory są tak ustawione, że rytmy korespondujące z uderzeniem krwi do mózgu potrafią uwieść człowieka. Jest w nich coś kuszącego. Rzecz w tym, czy ma się do nich dystans, czy się go nie ma. Jeśli dajemy się oszołomić koncertem, a potem wracamy i studiujemy dzieło metafizyczne czy teologiczne, to wszystko jest w porządku. Jeśli zaś rozgorączkowanie i "zaczadzenie" przenosimy na stosunki międzyludzkie, to wszystko zaczyna być niebezpieczne, bo prowadzi do prymitywizmu, a każdy prymitywizm jest szkodliwy.
Hipisi głosili miłość, wolność i pokój.
Ruch hipisowski miał rozmaite odłamy i warstwy. Był powabny w swej ideowej naiwności, był buntem korzeni przeciwko kwiatom, psychodelicznym pojmowaniem świata przez pryzmat barw, dźwięków, wtapianiem się w przesłodzoną naturę. Wiązało się to z liberalizmem w sferze seksualnej, obyczajowej, ale ten nurt hipisowski u podstaw nie stanowił istotnych zagrożeń. Był antymieszczański, wymierzony przeciwko zgredom, obowiązkom rejestrowania związków na papierze, standardowi zarabiania w określonych godzinach. Był walką z ładem ustanowionym przez filistrów, buntem młodych przeciwko starym, co miało charakter terapeutyczny. Ale drugą stroną medalu była przesadna ucieczka w narkotyki.
Dziś hipisi nie propagują dragów, a przed spektaklem "Hair" w Gdyni ostrzegano przed używkami.
Instruowanie dorosłych widzów nie jest potrzebne. Każdy dorosły powinien wiedzieć, co mu szkodzi, a co nie. Niedorosłemu takie instrukcje nie na wiele się zdadzą.
Dawni hipisi dziś są innymi ludźmi?
Ówcześni nonkonformiści obrośli w piórka i utyli. Świat roi się od byłych hipisów, będących statecznymi bankowcami, syndykami masy upadłościowej, czcigodnymi ojcami rodziny. Jeśli uczestnictwo w ruchu traktować jako przerywnik, piękny epizod związany z dojrzewaniem, to wszystko jest w porządku.
Narkotyki niekoniecznie wiążą się z ruchem hipisów, a nadużywanie alkoholu i szukanie ciągle nowych dziewczyn z punk rockiem.
W każdej formacji i epoce mogą pojawiać się mroczne strony, prowadzące do niekontrolowanej agresji. Z porządnego inżyniera - męża, ojca - też może wyleźć bydlę lub czubek, nawet jeśli nie należy do żadnej subkultury.
Jak Pan wspomina lata 80., kiedy królowały punk rock i rock?
Muzyka wpadała mi jednym uchem, a wylatywała drugim. Mój świat to przede wszystkim świat bibliotek. Jeśli przez przypadek nie słyszałbym czegoś w radiu albo nie rozmawiał z kimś z wtajemniczonych kręgów, to do mnie by to nie dotarło.
Należał Pan do innego kręgu wtajemniczonych. Świat bibliotek i czytelni może być odreagowaniem ponurej rzeczywistości, jak muzyka?
Odreagowanie istniałoby, gdyby świat pozabiblioteczny wydawał mi się nie do przyjęcia. On mi się nie podobał, ale nie odbierałem go jako aż tak opresyjny, żeby szukać przed nim ucieczki. Bez względu na rodzaj świata i tak siedziałbym w bibliotekach, bo po prostu to lubię. Zajmuję się rzadkimi książkami, czuję się jak amerykański milioner, który płaci setki tysięcy dolarów, żeby ustrzelić białego tygrysa. Rzadka książka to moje zachwycające trofeum. To też rodzaj pasji, kultu łowiectwa, choć bezkrwawego.
Na wydziale lekarskim Uniwersytetu Karola w Pradze powstała katedra badań nad trawką. Bada się w niej marihuanę i jej spożycie...
Ciekawe, może wkrótce powstanie instytut badania tych badaczy? Tę linię można przedłużać w nieskończoność. Na ludziach mojego pokolenia ogromne wrażenie wywarł song Beatlesów "Lucy in the Sky with Diamonds" ("Lucy na niebie z diamentami"). Tam są wszystkie smaczki i kolory odlotu psychodelicznego. Wizje są głęboko zakorzenione w kulturze.
Jakie subkultury Pan dziś obserwuje wśród swoich studentów?
Nie dostrzegam niczego wyrazistego. W niektórych obszarach tej grupy mamy do czynienia z bylejakością i biernością, w innych są ekspansywne perełki intelektualne, opętane poznawczymi żądzami. Nie dostrzegam frakcji charakteryzujących się zewnętrznymi wyróżnikami, specyficznym, podobnym typem myślenia. Ale to nie znaczy, że ich nie ma. Przede wszystkim interesują mnie zasoby intelektualne moich studentów.
Myśl i duch człowieka są zawsze najważniejsze?
Bardzo istotne są też typy wrażliwości. Intelekt też ma różne oblicza: może być bardzo rozbudzony, ale bierny i kopiujący. To też jest dużą wartością, bo potrzebujemy ludzi, którzy są tezaurusami, skarbnicami odziedziczonego depozytu kultury. Ale też są intelekty niespokojne, nastawione jeśli nie na rewolucję, to na dokonywanie znaczących zmian.
