W
toczącej się dyskusji pod tytułem "Gandhi
w historii światowej" dostrzegam, muszę to wyznać, pewien element
niezdrowego partykularyzmu czy też, bardziej konkretnie, Indo- lub
USA-centryzmu (ciągłe porównania z Martinem Lutherem Kingiem czy nawet
Lyndonem B. Johnsonem). Oczywiście nie kwestionuję obrazu Gandhiego
przedstawianego w kategoriach moralnych i nie odważyłbym się sprzeciwić
potężnym zasadom moralnym, które z niego wypływają - czy ktokolwiek
mógłby preferować "mrok od takiej światłości?"
Można
rozmawiać o Gandhim i ruchu na rzecz niepodległości Indii na poziomie
- jak to można określić - generalizacji ogólno-metafizycznych dotyczących
"natury ludzkiej" i etyki, oraz dokonać krytyki (jak to
robi Marc Gilbert) rządu IPJ (Indyjska Partia Janata). Pewnie byłoby
to uzasadnione. Jednak mam poważne wątpliwości, czy faktycznym zadaniem
historii światowej jest zgłaszanie postulatów związanych z ogólnymi
zasadami działania człowieka i posługiwanie się nimi w celu krytyki
obecnego rządu Indii czy też "moich przyjaciół Hindusów".
Wolałbym raczej dyskutować na temat Gandhiego w ramach określonego
kontekstu lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku. Czyli
- nie w towarzystwie, powiedzmy, Jezusa Chrystusa, ale bardziej w
porównaniu z innymi aktywistami na rzecz pokoju, takimi jak Karl von
Ossietzky czy Romain Roland. Wolałbym, żebyśmy teologom pozostawili
kwestię Chrystusa, natury ludzkiej i teodycei.
Wydaje mi się, że kwestia ta jest szczególnie istotna w przypadku
Indii, ponieważ (na wypadek, gdybyśmy zapomnieli, a obawiam się, że
badania skupione na konkretnej dziedzinie mają tendencję to zapominania
o tym) Indie były KOLONIĄ. A to oznacza, że kluczowe decyzje na temat
niepodległości Indii nie były podejmowane w ashramie Gandhiego, ani
nawet w New Delhi, ale najwyższa instancja znajdowała się w Westminster
i w gestii ludzi takich jak David Lloyd George, Ramsay Mac Donald,
Stanley Baldwin, Neville Chamberlain czy Clement Attlee, którzy mieli
niewielkie pojęcie o Indiach lub w ogóle się nimi nie interesowali.
Obchodziło ich raczej to, czego oczekują ich wyborcy w Wielkiej Brytanii.
Jeśli politycy z partii brytyjskich doszli do władzy w latach trzydziestych
na hasłach związanych z polityką zagraniczną imperium, podobnie było
w przypadku polityki kolonialnej. Była one postrzegana przez gabinet
rządowy najpierw z perspektywy partyjnej, następnie pod względem globalnej
polityki Imperium Brytyjskiego, dalej w sensie polityki wobec państw
tworzących Wspólnotę, a na końcu (tutaj widać różnicę między rządami
Ramsaya Donalda i Baldwina) w kategoriach obrony polityki brytyjskiej
na forum Ligii Narodów.
Wydaje mi się, że działania Gandhiego wpasowały się w tę dość specyficzną
partyjno-polityczną i międzynarodową konstelację, która prawdopodobnie
raczej się już nie powtórzy. Właśnie dlatego wątpię, żebyśmy byli
w stanie wyciągnąć jakiekolwiek trwałe wnioski z polityki Mahatmy
dla "tu i teraz", zarówno w przypadku USA, jak i Indii.
Nie możemy zapominać, że działania Gandhiego w Afryce Południowej
były związane z okresem rządów gabinetu Asquitha oraz wielką falą
idei brytyjskiego "liberalnego Imperium". Partia Liberalna
nie krytykowała samego Imperium, a przeciwnie - postrzegała je jako
"największy przyczynek dla Dobra w historii rodzaju ludzkiego".
Działania Gandhiego pasowały, wraz z cechującymi je poważnymi ograniczeniami,
do polityki Partii Liberalnej w stosunku do Afryki Południowej. Właśnie
ta polityka przyniosła sławę Lloydowi George'owi i przyczyniła się
do upadku gabinetu konserwatywnego w roku 1905. Gandhi mógł osiągnąć
sukces, ponieważ z powodu partyjnych interesów politycznych Brytyjczycy
chcieli go słuchać.
Po I wojnie światowej i rozpadzie Partii Liberalnej brytyjska scena
polityczna została zdominowana przez Partię Konserwatywną oraz Partię
Pracy. Partia Pracy była bardzo podzielona pod względem opinii, czy
posiadanie imperium jest w ogóle kwestią moralną. "Polityka moralna"
to zwykle "dziecko" powszechnego prawa wyborczego - przeciętny
wyborca najczęściej nie ma po prostu czasu czy zainteresowania, aby
zajmować się szczegółowymi, technicznymi problemami konstytucyjnymi,
ale zawsze będzie w stanie "uchwycić" ogólne stanowisko
moralne. Tak więc, Imperium Brytyjskie w dwudziestym wieku musiało
posiadać "moralną jakość", której nie potrzebowało w okresie
"Dawnego upadku" w osiemnastym wieku. (Oczywiście, każde
imperium wymaga uzasadnienia moralnego, jednak Brytyjczycy podnosili
tę kwestię wyjątkowo, przede wszystkim w okresie po pierwszej wojnie
światowej). Stanowisko intelektualistów z Partii Pracy, na przykład
rodziny Webbów, mówiło, że Indie powinny mieć zagwarantowaną niepodległość
w niezbyt odległej przyszłości, choć w danej chwili jeszcze do tego
nie "dojrzały". A wszystko to ze względu na istnienie podziału
hindusko-muzułmańskiego, niewystarczający poziom edukacji wśród miejscowej
populacji (co uniemożliwiało jej dokonywanie dojrzałych sądów) itd.
Jednak niewielka część elektoratu brytyjskiego byłaby w stanie zrozumieć
tego typu wyrafinowane niuanse. Wydaje mi się, że Gandhi wpasował
się (i, tak, wykorzystywał to) do dwóch kluczowych słabości argumentu
na temat "niedojrzałości", którym posługiwali się zarówno
laburzyści, jak i ich konserwatywni oponenci w dyskusjach o niepodległości
Indii. Po pierwsze Gandhi zaprzestając swoich kampanii gdy tylko pojawiło
się zagrożenie, że doprowadzą one do spirali przemocy, pokazał, że
zarzut niedojrzałości jest chybiony. Eskalacja przemocy byłaby znakomitym
"dowodem", którego potrzebowała Wielka Brytania, ukazującym,
że Indie nie "dorosły" jeszcze do niepodległości i w związku
z tym potrzebują kogoś, kto przywróciłby porządek. Po drugie, przenosząc
całą kwestię na wyższy, moralny poziom, i nie angażując się w techniczne
szczegóły dotyczące statusu państw książęcych, ilości miejsc w zgromadzeniach
lokalnych itd., w które Biuro Indyjskie starało się "uwięzić"
Gandhiego, był on w stanie uniknąć skazy na swoim moralnym, "świętym"
wizerunku. Dzięki temu uniknął wszelkich podejrzeń ze strony brytyjskiego
elektoratu. Wszyscy wyborcy w Wielkiej Brytanii, oraz "maszynerie
elektoralne" Konserwatystów i Partii Pracy niewiele rozumieli
z całego tego technicznego żargonu. Potrafili natomiast uchwycić przesłanie
moralne Gandhiego, że pozostawienie Hindusów w pozycji wiecznych poddanych
jest niesprawiedliwością. Stąd rząd Baldwina musiał zgodzić się na
ustępstwa w stosunku do Indyjskiego Kongresu Narodowego w 1935 roku,
ponieważ "maszyneria elektoralna" Partii Konserwatywnej
oraz przewidywane wyniki wyborów zmusiły Gabinet do uczynienia tego
typu ustępstw w kolonialnych (czyli w polityce partii brytyjskich
- całkowicie marginalnych) kwestiach.
Marginalnych, ponieważ gabinet brytyjski musiał zmierzyć się z czymś
innym - mianowicie z dozbrojeniem swojej armii. Idea ta z kolei nie
cieszyła się zbyt wielką popularnością ani w kręgach konserwatywnych,
ani wśród laburzystów. Konserwatyści postanowili więc nagłośnić całkowicie
marginalną sprawę, aby zdobyć nowe głosy - od wyborców, którzy darzyli
zaufaniem Gandhiego, ponieważ w przeciwieństwie do większości "polityków"
- w latach 30-tych, podobnie jak dzisiaj, "politycy" mieli
niskie notowania wśród społeczeństwa - nigdy nie "poplamił swoich
rąk". "Pacyfikując" w ten sposób Gandhiego (jak to
rozumiał Churchill), Konserwatyści zyskali pewność, że zdobędą odpowiednie
poparcie wśród wyborców podczas debat na mniej "przyjemne"
tematy, na przykład dozbrojenia właśnie.
Tak więc, biorąc to wszystko pod uwagę, widzimy, że tak naprawdę nie
da się odseparować problemu Gandhiego od problemu Hitlera. Sytuacja
w Indiach nie może być rozpatrywana oddzielnie od międzynarodowej
pozycji zajmowanej przez Imperium Brytyjskie i Wspólnotę w latach
20-tych i 30-tych. Najważniejszym problemem Imperium po 1917 roku
(chciałbym tu wspomnieć o Woodrowie Wilsonie, ale jak to najczęściej
w tym przypadku bywa, jego postawa, wysoko oceniana w kategoriach
moralnych, była konsekwencją stosowania raczej spontanicznych środków
"awaryjnych", aby udzielić poparcia dla Ententy w Europie
Wschodniej i Imperium Osmańskim, gdy wydawało się, że Wielka Brytania
przegrywa wojnę) było to, że głosiło ono swoje zaangażowanie na arenie
międzynarodowe nastawione na promowanie "narodowego samookreślenia".
To znaczy interes narodowego samookreślenia dochodził do głosu w przypadku
Europy Wschodniej (państw bałtyckich, Finlandii, Polski przeciwko
Rosji) oraz w przypadku "białych dominiów" (Kanady, Australii,
Nowej Zelandii, Afryki Południowej oraz - przynajmniej z perspektywy
angielskiej - Irlandii), ale NIE w przypadku kolonii brytyjskich.
Mimo to, o ile rząd Lloyda George'a nigdy nie miał zamiaru uczynić
z Kenii czy, powiedzmy ze Złotego Wybrzeża autonomicznych państw w
ramach Wspólnoty, to już z Indiami miał większy kłopot. Chodziło głównie
o to, że w 1919 roku gabinet Lloyda George'a rozważał nadanie państwom
Wspólnoty prawa do samookreślenia za zasługi w walce w imię Króla
i Kraju w Gelibolu czy w Paschendale. Indie również wysłały jakieś
2 miliony żołnierzy do Ypres oraz Mezopotamii, w związku z czym Brytyjczycy
mieli trudności z odrzuceniem w stosunku do tego kraju tych samych
roszczeń, które zamierzali spełnić w stosunku do Kanady. Rząd Lloyda
George'a próbował obejść ten problem, pozwalając Indiom na niezależne
członkostwo w międzynarodowych ciałach, takich jak Liga Narodów, ale
w dalszej perspektywie rozwiązanie takie nie mogło się okazać zadowalające.
Nie można przecież z jednej strony traktować danego kraju jako fikcyjnie
niezależnego w ramach instytucji międzynarodowych, zdolnego powiedzmy
do prowadzenia niezależnej polityki zewnętrznej, a z drugiej uznawać
go za kolonię jeśli chodzi o sprawy wewnętrzne. Ogłaszając się największym
rzecznikiem samookreślenia narodowego, Imperium nie mogło jednocześnie
odmawiać niepodległości Indiom. Jeśli Gandhi próbowałby wywalczyć
niepodległość dla kraju, który zamierzał realizować ideały Rewolucji
światowej, a nie narodowego samookreślenia, wydaje mi się, że jego
szanse na osiągnięcie tego celu byłyby wątłe (prawdopodobnie zostałyby
zastrzelony w 1923 roku).
Kraj, który w latach 20-tych głosiłby swoje przywiązanie do ideałów
Rewolucji światowej musiałby jednocześnie bezwzględnie piętnować ruchy
niepodległościowe, uznając je za "reakcyjne". Brytyjczycy
jednak również starali się tępić bezwzględnie ruch niepodległościowy
- jak to miało miejsce w roku 1920 w Irlandii. I chociaż epizod ten
zwykle jest pomijany w analizach dekolonizacji (przecież to dotyczy
historii Europy, prawda?), wydaje mi się, że był on kluczowy dla całego
późniejszego procesu "likwidowania" kolonializmu. Z jasnych
powodów brytyjski aparat administracyjny, siły policyjne oraz wojsko
działały o wiele bardziej nieporadnie w Irlandii niż w koloniach tropikalnych,
nie mówiąc już o Indiach. Brytyjczycy nie mogli uporać się z 2.000
bojownikami IRA, mimo że zaangażowali, o ile pamiętam, około 200.000
żołnierzy i ugrupowań paramilitarnych. Z kolei administracja brytyjska
przestała w ogóle funkcjonować dlatego, że urzędnicy bali się pokazywać
na ulicy bądź dlatego, że ludność nie mogła lub nie chciała współpracować
z Brytyjczykami. I tutaj pojawił się największy dylemat, z którym
Brytyjczycy nie potrafili sobie poradzić - obywatelskie nieposłuszeństwo
Gandhiego. Jeśli nie udało im się przywrócić pokoju w malutkiej Irlandii
przy pomocy 200.000 żołnierzy, to jak mogliby zażądać podporządkowania
ze strony całego kontynentu, na którym mieli do dyspozycji jedynie
25.000 żołnierzy z Europy? Wydaje mi się, że Brytyjczycy wyciągnęli
wnioski z Irlandii i zdawali sobie sprawę, że bezwzględna opresja
bez jednoczesnego poszukiwania politycznego rozwiązania problemu nie
przyniesie żadnych rezultatów. Ponadto, wiedzieli też, i to również
było konsekwencją "irlandzkiej lekcji", że gdy ludność miejscowa
lekceważy rządy kolonialne, rządy te prędzej czy później upadną. W
jaki bowiem sposób mogliby wymusić na mieszkańcach Indii posłuszeństwo
w stosunku do państwa, w momencie, gdy odmawiali oni współpracy -
na dziesiątki tysięcy poddanych indyjskich przypadał jeden urzędnik.
Pisząc to wszystko, chciałbym argumentować, że ze względu na wcześniejsze
doświadczenia w Irlandii i niesłychaną nieskuteczność operacji militarnych,
w związku z czym Brytyjczycy musieli opierać się cały czas na kolaborantach
i prowokacjach, władze Imperium nie wyrażały ochoty, bądź po prostu
nie mogły tego zrobić, aby prowadzić tego typu politykę masowego terroru
i represji, jak miało to miejsce w przypadku "CZEKA", czy,
powiedzmy, SD czy GESTAPO w Europie okupowanej przez nazistów. Polityka
non-violent mogła osiągnąć sukces po części dlatego, że Brytyjczycy
nie byli w stanie się jej przeciwstawić. Nie posiadali odpowiednich
zasobów ludzkich czy środków, przy pomocy których mogliby to zrobić.
O ile pamiętam, tajna policja w Indiach liczyła 100 pracowników -
żadnych szans, żeby infiltrować 150 milionów mieszkańców kraju. Z
drugiej strony mogła osiągnąć swój cel dlatego, że Brytyjczycy byli
gotowi do współpracy - bali się oporu zbrojnego podobnego do tego,
którego doświadczyli ze strony IRA, do którego mogłoby dojść, gdyby
nie zdobyli się na kompromis z Indyjskim Kongresem Narodowym (jak
wcześniej odmówili współpracy z Parlamentem w Dublinie). I wreszcie,
przyznam się, że piszę to z pewnymi obawami, ponieważ sąd ten może
wywołać sporą burzę, jednak bez względu na to odważę się to stwierdzić:
kolonialiści brytyjscy byli bardzo przyzwoitymi ludźmi (no dobrze
- względnie przyzwoitymi) w porównaniu z niektórymi (tak naprawdę
z większością) innymi rządami dwudziestego wieku. Na przykład strajk
z lutego 1941 roku w Amsterdamie można z powodzeniem przyrównać do
kampanii obywatelskiego nieposłuszeństwa Gandhiego, ale między tymi
dwoma wydarzeniami była też i jedna istotna różnica - dotycząca tego,
jak zareagowała policja brytyjska, a jak zachowało się SD. Oficerowie
brytyjskiej policji kolonialnej nawet nie myśleli o stosowaniu tortur,
wieszaniu czy rozstrzeliwaniu ludzi w odpowiedzi na akcje obywatelskiego
nieposłuszeństwa, podczas gdy dla SD były to standardowe metody.
Oczywiście było to związane z różnicą między Fuehrerstaat a demokracją
westminsterską. Jak już powiedziałem - polityka ta była konsekwencją
doświadczeń Brytyjczyków w Irlandii, gdzie okazało się, że masowe
represje nie przynoszą zamierzonego skutku. Wydaje mi się jednak -
w świetle tego, jak inne reżimy lat trzydziestych mogłyby się zachować
w takiej sytuacji - że stosunkowo grzeczna odpowiedź brytyjska na
działania Gandhiego była też wynikiem kryzysu w Imperium Brytyjskim.
Nie tyle kryzysu gospodarczego czy związanego ze zbyt dużymi rozmiarami
geograficznymi. Bez wątpienia, i te kwestie odegrały tu jakąś rolę
- Brytyjczycy byli niezdolni militarnie do kontrolowania RÓWNOCZEŚNIE
Irlandii, Indii, Bliskiego Wschodu, czuwania nad sytuacją w Niemczech
oraz zbrojenia się przeciwko Japonii. Musieli w którymś z tych punktów
iść na ustępstwa (Indie i Irlandia), dzięki czemu byli w stanie utrzymać
wystarczającą przewagę w dwóch strategicznych obszarach - w Europie
i na Bliskim Wschodzie. Główną rolę odegrał jednak powszechny
"kryzys zaufania".
Wydaje mi się, że Brytyjczycy tym razem opierali się
przed wywoływaniem tego rodzaju represji masowych w stosunku do ludności
miejscowej, jak dokonali tego wcześniej w latach 1857-58 w Indiach,
w 1920 w Irlandii czy w 1924-26 w Iraku, ponieważ zaczęli powątpiewać,
że podobne represje są słuszne czy skuteczne. Skoro Indie i tak, prędzej
czy później, miały zdobyć niepodległość, Brytyjczycy doszli do przekonania,
że masowe egzekucje (na przykład takie jak w 1857 roku), wysłanie
ochotniczych sił paramilitarnych (jak w Irlandii), czy naloty powietrzne
na "terytoria zainfekowane przez Indyjski Kongres Narodowy"
w Afganistanie nie są niczym, co można uzasadnić moralnie czy w ramach
cywilizowanych rozmów i układów. Kurdowie czy IRA byli (oczywiście
z punktu widzenia ich "panów") "terrorystami",
a "terrorystów" należy bombardować lub rozstrzeliwać. Jeśli
indyjska walka o niepodległość spotkałaby się z podobną reakcją, z
pewnością przybrałaby ona o wiele bardziej gwałtowne formy i Gandhi
zostałby marginalizowany - jego miejsce zająłby w najbardziej różowym
scenariusz Subhas Chandra Bhose, a w najbardziej czarnym, ale równie
prawdopodobnym - przywódcy RSS popierani przez Narodowych Socjalistów.
Pamiętam, że czytałem kiedyś studium porównawcze (powinienem podać
odpowiedni odnośnik, ale nie mam go w tej chwili pod ręką), które
pokazywało, że rewolucje zachodzące w Trzecim świecie nie wybuchły
i nie udały się ze względu na poziom opresji i niesprawiedliwości
czy też - jak to miało miejsce w rozważanym tu przypadku - ze względu
na wzrost oczekiwań ludności rdzennej, ale raczej dlatego, że wcześniej
miało miejsce osłabnięcie reżimu sprawującego władzę. Osłabnięcie
zarówno w sensie wewnętrznych podziałów wśród elit władzy, jak i w
bardziej subtelnym znaczeniu - powszechnego zwątpienia, które dotknęło
elity, odnośnie skutecznego rządzenia przez dłuższy okres czasu. Sądzę,
że Radż w latach 20-tych i 30-tych cierpiał dokładnie na tę samą przypadłość
ogólnej niewiary co do rządzenia przez dłuższy okres czasu i sprawiedliwości
władzy pod względem moralnym, co rząd czeski w trakcie "Aksamitnej
rewolucji" z 1989 roku. Ani elity rządzące Radżów w 1932 roku,
ani komuniści czechosłowaccy w 1989 roku nie wierzyli, że ich władza
przetrwa dłużej, w związku z czym wątpili, czy cel (utrzymanie władzy)
faktycznie usprawiedliwia agresywne środki do tamowania protestów.
Podobnie jak w przypadku "aksamitnej rewolucji", rewolucja
bez przemocy oparta na zasadach moralnych i obywatelskim nieposłuszeństwie
mogła odnieść sukces, i w zasadzie była najbardziej optymalnym rozwiązaniem,
o wiele skuteczniejszym niż zbrojny opór. Ale to "w zasadzie"
jest znaczne. Jeśli prawdą jest (a jest), że rewolucje zbrojne upadają
zwykle wówczas, gdy wcześniej nie uległ osłabieniu od wewnątrz sam
reżim sprawujący władzę, w przypadku protestów typu non-violent
znajduje to jeszcze większe potwierdzenie. Przytoczyłem przykład "Rewolucji
aksamitnej" jako ilustrację sposobu dokonania zmiany przy użyciu
środków "pokojowych". Obalenie Ceausescu w tym samym roku
wywołało o wiele większy rozlew krwi, wszyscy wiemy też, co stało
się z demonstrantami na placu Tienanmien.
W historii dwudziestego wieku znajdziemy kilka przypadków udanych
kampanii nieposłuszeństwa bez użycia przemocy - Gandhi, Ruch na Rzecz
Praw Obywatelskich, Rewolucja aksamitna, obalenie muru berlińskiego
i likwidacja Apartheidu. Jednocześnie było wiele przykładów działań
non-violent, jak najbardziej uzasadnionych moralnie i posiadających
w większości głęboką religijną inspirację, które były bądź całkowicie
zignorowane bądź zdławione zbrojnie przez władze. (Od "krwawej
niedzieli" w Sankt Petersburgu 8 stycznia 1905 roku do zastrzelenia
Biskupa Romero w El Slavador). Te nieudane rewolucje stawały się najczęściej
z kolei zaczynem krwawych powstań. Tak więc, w przypadku pytań o znaczenie
Gandhiego w historii światowej należy zachować sporą dozę sceptycyzmu.
Obywatelskie nieposłuszeństwo i działania bez przemocy z jednej strony
są potężnym wsparciem moralnym dla uciśnionych, ale z drugiej mogą
wywoływać wzrost przemocy ze strony uciskających. To cnota, której
"siły ciemności" (by posłużyć się terminem metafizycznym
Gilberta) najczęściej nie rozumieją.
Głos
w dyskusji z internetowego forum H-World z listopada-grudnia 2002
roku: przejdź do strony głównej H-World
<powrót>