|
|
Oto
zbiór najlepszych wypowiedzi z toczącej się niedawno debaty na
temat spójności między Teorią Systemu-Świata a historią, która
miała miejsce na WSN (World System Network). Pomimo sporych rozmiarów,
jest on pożyteczną lekturą - przystępną w formie, niesie z sobą
masę wiadomości, zmusza do refleksji, i odnosi się do kilku bardzo
ważnych problemów historii.
From
r.barendse@worldonline.nl Thu Jan 27 16:54:44 2000 Dzięki
Arno Tauschowi oraz (Crisowi) Chase Dunnowi nareszcie mamy do
czynienia z poważną dyskusją na tej liście, która - proszę o wybaczenie
ze strony jej subskrybentów - od jakiegoś czasu jest zaśmiecana
dziwnymi listami, czy też, jak w przypadku "postu" od
mieszkańca Bangladeszu, pisana jest w tak koszmarnym języku, że
trudno się domyślić, co autor miał tak naprawdę na myśli. Wracając
do artykułu Chase Dunna i jego mającej się ukazać wkrótce książki,
stanowisko autora pociąga za sobą, moim skromny zdaniem, wiele
problemów, jednak są to kwestie, które powinniśmy rozważyć poważnie,
choć niektóre z nich były już przedmiotem dyskusji. Jednak
aby w ogóle rozpocząć podobne rozważania, trzeba najpierw poprawnie
ustalić fakty. Właśnie w tym celu podejmuję dyskusję z wypowiedzią
Chase Dunna. Po
pierwsze (mogę się tu wypowiadać fachowo, ponieważ dane mi było
zapoznać się z tysiącami stron holenderskiej korespondencji dyplomatycznej
oraz innymi wypowiedziami na niniejszej liście) nigdy nie potrafiłem
zrozumieć idei hegemonii holenderskiej w systemach-światach, czy
to w oryginalnej postaci zaproponowanej przez Braudela, czy w
późniejszych wersjach przedstawionych przez Wallersteina i Chase
Dunna oraz Tauscha. Pojęcie imperialnego "rozrostu"
Holandii przemawia do mnie jeszcze mniej - według mnie jest ono
jedynie technicznym rozwojem zdefiniowanym w zupełnie innym kontekście
przez Paula Kennedy'ego. Tak jak ja to pojmuj -, i nie jest to
tylko opinia, ale fakt - potęga holenderska w siedemnastym wieku
była bardzo nierówna. Nie można jej w żadnym razie porównywać
z pozycją globalną Wielkiej Brytanii w okolicach lat 30-tych 19
wieku, nie mówiąc już o statusie USA w roku 1945, który w sensie
historycznym był swoistym ewenementem. Oczywiście elity amerykańskie
postrzegały to w zupełnie odmienny sposób. Flota
holenderska była bardzo silna na Bałtyku, jednak Szwecja dominowała
w tym regionie na lądzie. Na Morzu Północnym floty holenderska
i brytyjska znajdowały się w stanie względnej równowagi. We Flandrii
Holendrzy pozostawali daleko w tyle za francuskimi wojskami lądowymi.
Co do Morza Śródziemnego, w jego zachodniej części Holendrzy byli
o wiele słabsi niż Francuzi, podczas gdy w jego części wschodniej
pełnili rolę pokornego naśladowcy w stosunku do potęgi osmańskiej,
a w handlu byli deklasowani przez Marsylię. Poza
Europą potężny handel z Brazylii i Ameryki hiszpańskiej pozostawał
pod całkowitym zarządem mocarstw iberyjskich, a Holendrzy byli
jedynie natrętami, podobną rolę pełnili też na Wyspach Karaibskich.
Wzrost prawdziwych Karaibów Holenderskich był fenomenem związanym
z pogardzanym "okresem perukowym" (jak nazywają go Holendrzy)
osiemnastego wieku. W Afryce Zachodniej Holendrzy opanowali Złote
Wybrzeże, jednak o wiele bardziej znaczący handel niewolnikami
z Angoli, który nastąpił później, był dziełem portugalskim; Portugalczycy
zresztą nadzorowali też znaczną część handlu złotem w Afryce Zachodniej
(od Cacheu). Co do Azji, potęga Kompanii Wschodnioindyjskiej (VOC)
w siedemnastym wieku była ograniczona do kilku wysp w tym rejonie
(Insulinde), a kompania pełniła rolę poddanych na dworach Mogołów,
Tokugawa, Safawidów oraz Manchu. VOC była z pewnością silna na
morzu, ale jeśli uwzględnimy portugalski prywatny przemysł okrętowy
potęgi VOC i Portugalii w Azji około roku 1650 były wyrównane. VOC
rzeczywiście urósł do rangi głównej terytorialnej i militarnej
potęgi zarówno w Indiach, jak i Indonezji, jednak i to było efektem
rozwoju wydarzeń we wspomnianym przeklinanym "okresem perukowym". Podsumowując,
to, co jest dla mnie najbardziej interesujące, co powoduje moją
zadumę, jest kwestia, w jaki sposób Holendrom udało się skonsolidować
w okresie rzekomego upadku ich państwa w osiemnastym wieku. Do
1780 roku Republika Holenderska posiadała kwitnące kolonie na
Karaibach, niekwestionowane posiadłości terytorialne nad nieskończonymi
bogactwami Jawy, panowała też na Złotym Wybrzeżu, dominowała również
nad handlem na Bałtyku, a nawet była w stanie prowadzić intensywny
handel we wschodniej części Morza Śródziemnego. Otóż, powodem,
dla którego Holendrzy byli w stanie skonsolidować się, było właśnie
to, że plutokracji skupiającej "regenten" udało się
nie wpaść w pułapkę imperialnego rozrostu z modelu Kennedy'ego.
Jeśli kolonia lub gałąź handlu okazywała się nie przynosić dochodów,
rozsądnie się z niej wycofywali. Na małą skalę - na ten temat
udało mi się przeprowadzić szczegółowe studia - można to powiedzieć
o wycofaniu się Holendrów z kolonii na Maurice, a w większej skali
dokonało się to w przypadku strategicznego opuszczenia Brazylii
i Ameryki Północnej. Tak,
moi drodzy koledzy z USA, Nowy Jork (Nowy Amsterdam) podczas zawirowań
roku 1672 był bardzo słabo broniony i mógł być bez trudu zdobyty
szturmem przez flotę holenderską. Tak, moim drodzy, w takim wypadku
Holendrzy byliby wystarczająco silni, żeby zainstalować się na
dobre w tym mieście, skutkiem czego pewnie dzisiaj Stany Zjednoczonej
by nie istniały - pomyślcie o tym przez chwilę. Mimo to Stany
Generalne postanowiły nie przedłużać ekspedycji to Nowego Jorku,
żeby zapewnić sobie później długotrwały pokój z Anglią. Tak
więc hegemonia holenderska była w gruncie rzeczy raczej postrzępionym
bytem i istniała tak naprawdę na mocy wcześniejszego wyczerpania
się rzeczywiście globalnego Imperium. Chodzi oczywiście o Imperium
Habsburgów - w Hiszpanii, Austrii oraz ich wielorakich koloniach,
sprzymierzeńcach i posiadłościach. W 1600 roku, w przeciwieństwie
do potęgi holenderskiej, potęga Hiszpanii (Austrii) była rzeczywiście
globalna. Jeśli spojrzymy na zakres kwestii omawianych przez radę
stanu w Madrycie, zobaczymy, że kanclerze rozmawiali o sprawach
dotyczących obszarów od Hamburga do Buenos Aires, od Rio de Janeiro
do Pragi, od Zatoki Perskiej do Florydy, od Guamu go Flandrii,
od Wiednia do Złotego Wybrzeża. Jednak okazuje się też - i tu
przechodzę do swojej drugiej obiekcji - że główną uwagę kanclerzy
jeśli chodzi o politykę zagraniczną do 1618 roku zwracało, nie
lokalna Flandria-czyli-kłopoty (jak ją nazywano), lecz inne imperium
światowe szesnastego wieku, czyli Imperium Osmańskie. To logiczne,
w przypadku posiadłości hiszpańskich na Sycylii, w Kalabrii czy
na Balearach odległość od granic tego imperium wynosiła zaledwie
kilka godzin lub kilka dni żeglugi. (Około 1600 roku korsarze
osmańscy byli poważnym zagrożeniem dla osiedli ludzkich od Islandii
po Sycylię). Oczywiście Wiedeń leżał od granic imperium na odległość
jakichś dwóch dni marszu. Stąd
moja druga główna obiekcja, że Wallersteina, Chase Dunn, Boswell,
Tausch i inni "wielcy teoretycy", zamiast być naprawdę
"globalni", w swoich rozważaniach na temat "dominacji
globalnej" skupiają się nad tak naprawdę malutkim (nawet
w sensie europejskim) wycinku systemu-świata (czyli tylko Europie
Północno-Zachodniej, nawet nie Morzu Śródziemnym czy Europie Wschodniej).
Wydaje się, że Boris Porshev czy Korpetter w przypadku wieku szesnastego,
Ingram w przypadku wieków osiemnastego i dziewiętnastego pisali
w całkowitej próżni (oczywiście żaden z nich nie jest w ogóle
cytowany). Dwaj
pierwsi autorzy do naszego pojęcia o końcu szesnastego/początku
siedemnastego wieku wnieśli ideę, że "flandryjskie kłopoty"
oraz Wojna Trzydziestoletnia były tak naprawdę częścią intensywnego
konfliktu pomiędzy przechodzącą ewolucję koalicją pod przywództwem
Habsburgów (która obejmowała na zasadzie luźnego związku tak różne
potęgi jak Imperium Etiopskie, Persję Safawidów, Austrię oraz
Matamar - Jawę, a także Wenecję i Stolicę Papieską oraz Moskwę)
a koalicją anty-habsburską/osmańską/francuską obejmującą tak zróżnicowane
państwa jak Bohemia, Chanat Krymski, Chanat Uzbecki, etiopski
Gallas, Mingrelia, Atjeh czy państwo-miasto). To, że te drugie
nazwy przeważnie nie brzmią znajomo jest wynikiem faktu, że koalicja
anty-habsburska w końcu przegrała tę walkę, jednak za cenę całkowitego
wyczerpania się środków do 1600 roku zarówno Hiszpanii, jak i
Portugalii, dzięki czemu Holendrzy i Anglicy byli w stanie opanować
opuszczone terytoria w Azji, a także do pewnego stopnia - na Morzu
Śródziemnym. Stało się tak również z tego powodu, że Hiszpania
i Portugalia skupiły się na utrzymaniu swoich kluczowych pozycji
w Ameryce. Podczas gdy Imperium Osmańskie zrezygnowało do 1600
roku ze swoich posiadłości śródziemnomorskich, i skupiło się na
swoich kluczowych pozycjach w Arabii przeciwko atakom ze strony
Persów. Wszystko to jest z pewnością zupełną nowością dla Chase
Dunna, Boswella i innych - kto z nich słyszał o Mingrelii? - ale
wszystko to dowodzi jedynie twierdzenia, że "fakty"
nie są wcale takie "oczywiste", jakby mogło się wydawać,
ponieważ, jak by powiedział Gunder (Frank), Dunn i spółka wolą
pozostawać w kręgu europocentrycznym. Znowu
co do Ingrama, to okazuje się, że pisał on o Imperium Brytyjskim
całkowicie na próżno, ponieważ nasi "wielcy teoretycy"
wciąż nie dostrzegają faktu, że potęga i dyplomacja brytyjska
spoczywała na dwóch nogach: Wielkiej Brytanii ORAZ Indiach. "Drugie
Imperium Brytyjskie" było oparte przede wszystkim na Indiach,
stąd jakiekolwiek spekulacje na temat wzrostu Imperium Brytyjskiego
po około 1780 roku powinny przede wszystkim uwzględniać sytuację
w Indiach, a także rozrost Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej.
Jednak "wielka teoria" w ogóle nie chce tego brać pod
uwagę. Mimo
to dla Whitehalla w 1790 roku polityka wewnętrzna Mysorii, Afganistanu
czy Hyderabadu była równie kluczowa, jak ta Hanoweru czy Francji.
W 1806 roku kiedy Napoleona podchodził pod Bolonię większość armii
brytyjskiej znajdowała się w Indiach, a
największe bitwy lądowe prowadzone przez Wielką Brytanię
w okresie Rewolucji toczyły się - może za wyjątkiem Waterloo -
w Indiach (a ogromna ilość bitew morskich - na Karaibach). Stąd,
jak mówi Frank, "upadek Wschodu" wyprzedził "wzrost
Zachodu" (brytyjskie, francuskie i holenderskie imperia w
Azji), choć w Indiach i na Jawie nie był to upadek gospodarczy,
ale kryzys państwa powstałego właśnie wskutek gwałtownego rozwoju
ekonomicznego. (Popieram tu stanowisko Franka, choć nie wydaje
mi się, bym był "dogmatycznym frankistą"). To
właśnie z powodu tego wielostronnego znaczenia Indii dla istnienia
całego Brytyjskiego Imperium, Wielka Brytania postrzegała Rosję,
Francję, a nawet Królestwo Niderlandów jako potencjalne zagrożenie.
Ta
ostatnia uwaga może się dzisiaj wydać dziwna, ale moi drodzy czytelnicy
z Australii pamiętają na przykład, że pierwsze osady brytyjskie
w północnej Australii były nastawione przede wszystkim na zapobiegnięcie
możliwego osadnictwa holenderskiego w tym regionie podczas dyplomatycznych
napięć pomiędzy obydwoma tymi krajami w latach 20-tych 19 wieku
w sprawie Indonezji. A z powodu swojego zaangażowania w Indiach
przez cały wiek dziewiętnasty Wielka Brytania była głęboko związana
z polityką Afganistanu, Iraku i Iranu (a nawet Bukary!), aby zapobiec
rosyjskiemu wpływowi w tym regionie. Polityka ta została przez
Brytyjczyków określona - jak wiemy - mianem Wielkiej Gry. Rozgrywka
ta wcale nie była czymś ekscentrycznym - jak może się to nam dzisiaj
wydawać - ale czymś absolutnie kluczowym dla brytyjskiej strategii
imperialnej. Jeśli Wielka Gra wydaje się czymś nie wartym zainteresowania
dla "wielkich teoretyków" od Kennedy'ego po Chase Dunna,
dzieje się tak z tego powodu, że wciąż studiują oni "politykę
globalną" jedynie z europejskiego punktu widzenia. Jeśli
byśmy uwzględnili kluczową pozycję Indii, nagle brytyjska polityka
zagraniczna pojawia się w innym świetle, gdzie Bliski Wschód czy
Afganistan stają się równie ważne, co Helgoland czy Schleswig
Holstein. W tej perspektywie, nie rozwodząc się za bardzo, od
uznania Musadeqów w Iranie oraz kryzysu Sueskiego z 1956 roku,
pozycja Wielkiej Brytanii jako głównego gracza w Wielkiej Grze
z Rosją (a od lat 60-tych również coraz bardziej z Chinami) została
przejęta przez USA. Różnica polega jedynie na tym, że główne zainteresowanie
zostało przesunięte z Indii do Zatoki Perskiej. Chodzi mi o to,
że jeśli spojrzymy na politykę USA z pozycji Zatoki Perskiej,
a nie Europy, uzyskujemy zupełnie nową perspektywę, dokładnie
tak jak w przypadku "hegemonii" brytyjskiej i holenderskiej.
Przede wszystkim polityka USA aż do lat 80-tych polegała na "budowaniu"
- taj jak to robili przed nimi Francuzi - kompleksu państw buforowych
pomiędzy Zatoką Perską a głównym sojusznikiem USA - Arabią Saudyjską,
czyli Turcji, Iranu oraz Pakistanu, angażując Stany w rodzaj miniaturowej
wersji Wielkiej Gry z Indiami. Bufor ten upadł w latach 80-tych
z trzech powodów: rewolucji w Iranie, niepowodzenia, w momencie
inwazji na Kuwejt, planu amerykańskiego mającego na celu wspieranie
Iraku, oraz, przede wszystkim - upadku Związku Sowieckiego. Często
się mówi, że Zimna Wojna była jedynie mydleniem oczu. To prawda,
ale tylko w odniesieniu do Europy, jednak Wielka Gra pomiędzy
USA a Rosją z lat 70-tych i 80-tych była czymś koszmarnie rzeczywistym
dla Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej, gdzie około 2 milionów
ludzi straciło życie w Afganistanie, jakieś 500.000 w "pierwszej
wojnie" w Zatoce, oraz do 100.000 podczas "drugiej wojny".
O ile Zimna Wojna była do jakiegoś stopnia "retoryczna"
w Europie, poza nią była ona zdecydowanie gorąca - w czasie jej
trwania zginęło więcej ludzi niż podczas I wojny światowej. Zimna
Wojna właściwie w ogóle nie zakończyła się na Bliskim Wschodzie,
Azji Środkowej (oraz Korei), a Wielka Gra na tym drugim obszarze
oraz na Kaukazie przybiera bardzo gorącą postać. Od
upadku ZSRR "Wielka Gra" weszła w nową fazę, przypominającą
trochę najbardziej romantyczne, początkowe stadium zdobywania
statusu imperialnego przez Wielką Brytanię z przełomu osiemnastego
i dziewiętnastego wieku - aż do około 1840 roku - kiedy każdy
dowódca w Peszawarze czy Teheranie był w stanie swobodnie decydować
o swojej własnej polityce. Odpowiedzialność
znowu się przesunęła z państw i rządów do "ludzi na froncie",
a fronty nie są dziś oczywiście do końca ustalone. Co do granic,
to ta dzieląca ZSRR od Kaukazu była najściślej strzeżoną granicą
w całym ZSRR (znajdowało się tam około 600.000 żołnierzy radzieckich),
ponieważ Rosjanie, trafnie, bali się rebelii, która mogła tam
nadejść zarówno z Turcji, jak i Iranu. Gdy granica ta przestała
istnieć, każdy dowódca rosyjski ma całkowicie wolną rękę co do
polityki, którą zechce realizować. Stąd obecność armii rosyjskiej
w Osetii cztery lata temu czy też pułkowników garnizonowych w
Tadżykistanie dwa lata temu - tak, w Azji Centralnej i na Kaukazie
wciąż przebywają znaczne ilości rosyjskich sił zbrojnych, ponieważ
na przykład Tadżykistan powierzył ochronę swoich granic właśnie
żołnierzom rosyjskim. Myślę, że tak samo się dzieje w przypadku
wysokich przedstawicieli CIA - wątpię, czy nawet główna kwatera
CIA domyślała się, co robią jej "ludzie na froncie"
oraz co kogo łączy w tym środkowo-azjatyckim tyglu. Podobnie
załamanie się granic dało niespotykaną dotąd szansę na rozwinięcie
przemytu - zgodnie z długowieczną tradycją tego region, datowaną
co najmniej od roku 2000 p.n.e. - z której skorzystali lokalni
politycy oraz ugrupowania plemienne. Talibowie na przykład powstali
przede wszystkim jako wyzyskiwacze i ochroniarze przemytu heroiny
przez Rosję i Iran na Zachód. Powstańcy w Tadżykistanie to również
w większości przemytnicy heroiny, podczas gdy napięcia w Czeczenii
są moim skromnym zdaniem przede wszystkim wynikiem walki o to,
kto będzie kontrolował rurociągi z ropą do Rosji, oraz kto ma
kontrolować nowe linie biegnące z Baku do Turcji. Wydaje mi się,
że czeczeńska inwazja na Dagestan miała być "znakiem ostrzegawczym",
żeby ukazać Czeczenów jako potencjalnych stróżów rurociągu prowadzącego
przez Dagestan. Przeciwnie
do wszelkich cnotliwych deklaracji prezydenta oraz Departamentu
Stanu - choć naprawdę wydaje mi się, że Clinton i Gore nie są
świadomi lub też wolą nie wiedzieć, co robią ich służby wywiadowcze
- sądzę, że polityka USA w Azji Centralnej i na Bliskim Wschodzie
- zupełnie inaczej niż to ma miejsce w Europie, gdzie w najlepszym
interesie USA leży wspieranie Rosji - ma dwa składniki. (Tu pojawia
się analogia do polityki brytyjskiej w dziewiętnastym wieku -
Brytyjczycy mieli jedną politykę w stosunku do Europy, a jeszcze
inną w stosunku do Bliskiego Wschodu oraz Bałkanów, oczywiście
polityki te były prowadzone w znacznej części przez "ludzi
na froncie", niż przez Simlę czy Whitehalla). Pierwszym
składnikiem jest zdobycie kontroli nad zasobami ropy Morza Kaspijskiego
(poważna stawka, ponieważ szacuje się, że są one największe na
świecie). Składnik drugi - i to właśnie w tym momencie wszystko
zaczyna się komplikować - to osłabienie Rosji. Oczywiście, leży
to w absolutnym interesie narodowym USA. Jednak administracje
Clintona oraz Busha bez przerwy odrzucają swoje rzeczywiste powody.
A to dlatego, że, znowu, chodzi tu o interes USA w Europie, ale
nie w Azji. Robią to nie, nie tylko umacniając państwa buforowe
(i likwidując stary konflikt syryjsko-izraelski) - co do tego
Departament Stanu całkowicie się tu zgadza - ale też (i tu Departament
Stanu woli już się nie mieszać), ale też za pośrednictwem "ludzi
na froncie" prowokują powstanie rebelianckich ruchów w ramach
Rosji. Zdaję sobie sprawę, że nikt z administracji amerykańskiej
nie chce być informowany o tym i zaprzecza tego typu faktom, jednak
przecież Czeczeńcy dysponują najnowocześniejszą bronią i środkami
komunikacji, z wyrzutniami Stinger włącznie - jakim cudem można
zdobyć taką broń w otoczonej ze wszystkich stron lądem, przeraźliwie
biednej, enklawie górskiej bez jakiejś pomocy z zewnątrz? Bardziej
znany jest fakt, że aż do nie dawna Talibowie (czyli też i rebelianci
z Tadżykistanu) byli regularnie dozbrajani i wspierani przez Pakistan,
a Pakistan nie może zrobić zbyt wiele bez błogosławieństwa USA.
Podobnie rebelianci z Kaszmiru, którzy są postrzegani jako poważne
zagrożenie dla Indii. Rosja jest w pełni tego świadoma i sądzę,
że działalność amerykańskich "ludzi na froncie" to istotny
czynnik wpływający na ciągłe pogarszanie się relacji amerykańsko-rosyjskich.
Czy Rosja ma wierzyć amerykańskim słowom, czy czynom? To tak jak
w przypadku Westminsteru, który regularnie wdawał się w zatargi
z Rosją z powodu "ludzi na froncie" działających w Indiach,
Afganistanie i Persji, co doprowadziło do potyczki między Rosją
a oddziałami hinduskimi w Afganistanie w 1886 roku. Westminster
konsekwentnie temu zaprzeczał, podobnie jak to robi dzisiaj Waszyngton.
Tak więc, staram się tu przede wszystkim powiedzieć, że Zimna
Wojna skończyła się jedynie w Europie, choć po Kosowie jej widmo
znowu nad nią zawitało. USA mogą podpierać się statystykami, aby
zadowolić same siebie, a także, by udowodnić, że Rosja nie jest
już wielkim mocarstwem. Jednak są to niestety kłamstwa - wielkie
kłamstwa oraz statystyki. Czy USA rzeczywiście wierzą, że potężny
przemysł Rosji, zasoby naturalne oraz siły zbrojne - dzięki którym
Rosja była największą potęgą - w jakiś sposób nagle w tajemniczy
sposób znikły z powierzchni ziemi, nawet jeśli nie pojawiają się
w statystykach? Oczywiście nie - USA dzięki statystycznym sztuczkom
jawią się jako bardziej potężne niż w rzeczywistości, a Rosja
spadła z drugiego miejsca pod względem potęgi przemysłowej na
dwudzieste piąte - jednak niezależnie od statystyk, rosyjskie
zdolności produkcyjne, potencjał intelektualny i siły zbrojne
po prostu w dalszym ciągu się tam znajdują. Rosja
ponadto jest w pewnym sensie potężniejsza obecnie niż w latach
70-tych. Po pierwsze, nawet nie biorąc pod uwagę "silnych"
sojuszy, jak z Etiopią Mengisgtu, związki z jego satelitami europejskimi
(może poza NRD) znacznie osłabiały ZSRR. Przecież w RWPG Rosja
miała "wymieniać" po korzystnej stopie swoje wartościowe
zasoby ropy na bublowate towary z Europy Wschodniej. Bilans ZSRR
w jego związkach z satelitami wypadał bardzo niekorzystnie. To
samo można powiedzieć o republikach ZSRR (poza Ukrainą, Kazachstanem
i może państwami bałtyckimi), które musiały korzystać z ogromnych
dotacji rosyjskich. Ponieważ większość republik nie miała nikogo
prócz Rosji, w przyszłości zamiast "porzucenia" Związku
Republik Socjalistycznych będziemy mieli prawdopodobnie do czynienia
z bardziej korzystnym "neokolonialnym" układem, gdzie
Rosja postanowi inwestować w dane republiki tylko wtedy, gdy uzna
to za obiecujące dla swojej gospodarki, warunki takie spełni niewiele
z nich - Turkmenistan, Kazachstan oraz Uzbekistan - kogo obchodzi
Kirgistan czy Tadżykistan? Jak mówią Rosjanie: "Co Azja kiedykolwiek
dla nas zrobiła?" Po drugie, w latach 60-tych ZSRR musiał
się liczyć z 1 miliardem wrogich Chińczyków na swojej południowej
granicy - ten fakt od tamtego czasu przestał już się liczyć. Rosja
i Chiny (nie mówiąc o Kazachstanie czy Uzbekistanie) słusznie
obawiają się USA oraz tak zwanych przewrotów terrorystów muzułmańskich
(choć tak naprawdę to nie są żadni "islamscy terroryści",
tylko chodzi tu o przemyt broni - właśnie dlatego równie "fundamentalistyczny"
Iran zgromadził na granicy z Afganistanem 300.000 żołnierzy).
Żeby zabezpieczyć swoje południowo-zachodnie granice, obydwa te
państwa muszą współpracować. Wspólne zagrożenie prowadzi do ich
zjednoczenia. Stąd - choć media nie uznały tego za "wiadomość"
- zaraz po Kosowie (pamiętajmy o tym!) Rosja oraz Chiny przeprowadziły
po raz pierwszy wspólne manewry wojskowe. Biorąc
nawet pod uwagę długookresowe trendy, nie jesteśmy w stanie przewidzieć
odległej przyszłości, ponieważ mamy po prostu do czynienia ze
zbyt dużą ilością nieznanych czynników, stąd - jak pisałem wcześniej
- Niemcy mogą się znowu okazać głównym rywalem w stosunku do USA.
Jednak co do przewidywalnej przyszłości, częściowo ze względu
na wydarzenia w Kosowie, ale przede wszystkim z powodu sytuacji
na Bliskim Wschodzie i w Azji Centralnej, która jest chyba słusznie
postrzegana jako zagrożenia dla Rosji i Chin, Zimna Wojna pomiędzy
USA a Rosją i Chinami może znowu wybuchnąć. Zimna Wojna, w której
korzystne czynniki do pewnego stopnia zrekompensują niekorzystne
zmiany, które zachodzą w Rosji od dziesięciu lat. Rosja jest bez
wątpienia znacznie osłabiona, ale jednocześnie ma znacznie więcej
celów do obrony i ochrony. Na przykład właśnie dzisiaj przeczytałem,
że Polska wyrzuciła połowę pracowników ambasady rosyjskiej w Warszawie
z powodu szpiegostwa, co nawet w radio holenderskim zostało skomentowane
jako dość znany obrazek przypominający ducha Zimnej Wojny. Zawsze
istnieje możliwość, że tego typu wydarzenia doprowadzą do wywołania
wojny na dużą skalę, jednak o wiele bardziej prawdopodobne wydają
się lokalne wybuchy, które mimo wszystko - z powodu potężnej siły
niszczycielskiej nowoczesnej broni konwencjonalnej - pociągną
za sobą miliony ofiar. Tak
na marginesie, mówiąc do obecnych subskrybentów niniejszej listy,
wielu teoretyków systemu-świata dumnie określa siebie "postępowcami",
ale nie marksistami, nie mówiąc już o leninizmie, stąd nie jestem
w ogóle pewny, czy cały ten maoistyczno-marksistowsko-leninowsko-gramsciansko-althusseriansko-spivakowski
(i tak dalej), czyli ogólnie "marksistowski folklor"
sprawia, że w ogóle z niej korzystacie. R.J.
Barendse
From
chriscd@jhu.edu Thu Jan 27 16:58:55 2000 Dziękuję
prof. Barendse za wspaniałe komentarze do mojego artykułu z Baltimore
Sun, który jest podsumowanie mojej książki The Spiral of Capitalism
and Socialism napisanej wspólnie z Terry Boswellem. Jestem
obecnie w podróży i nie ma zbyt wiele czasu, by przygotować wyczerpującą
odpowiedź, jednak chciałbym wyjaśnić kilka wyraźnych nieporozumień. Pierwsze
dotyczy wzmianki w artykule Suna na temat hegemonicznego rozrostu.
Najwyraźniej Michale Hill, wybitny dziennikarz, który jest autorem
artykułu znajdował się pod wpływem prac Paula Kennedy'ego. Z panem
Hillem nie dyskutowałem na temat wyjaśnienia terminu upadku hegemonicznego.
Został on obszernie i szczegółowo opracowany w rozdziale 9 mojej
Global
Formation. Po drugie, prof. Barendse kwestionuje koncepcję
hegemonii w odniesieniu do siedemnastowiecznej Holandii. Profesor
Barendse wie o wiele więcej niż ja na temat historii Zjednoczonych
Prowincji Niderlandów. Jednak pewne elementy jego krytyki oparte
są na nieporozumieniu co do tego, w jaki sposób Boswell i ja ujmujemy
rolę Holandii w historii skoncentrowanego wokół Europy pod-sytemu,
oraz w historii świata. Nie
twierdzimy, że państwo holenderskie miało status światowego hegemona
w 17 wieku. Inne ważne regiony świata nie zostały przecież wówczas
jeszcze włączone do rozszerzającego się systemu europocentrycznego.
W tym punkcie zgadzamy się z Gunder Frankiem. Pamiętajmy,
że mówimy tu o regionalnym systemie, który się rozrasta. Europa
przechodziła długi proces formowania się centrum, nawet jeśli
wciąż pozostawała peryferiami lub para-peryferiami w większym,
afro-azjatyckim systemie-świecie. (Por. C. Chase-Dunn and T. Hall,
Rise and Demise 1997). Znaczenie
rewolucji holenderskiej i towarzyszące jej gospodarcze oraz polityczne
i militarne przywództwo było środkiem rozwoju kapitalizmu. W tym
miejscu nie możemy się zgodzić z Gunder Frankiem, który twierdzi,
że nie istniało przejście do kapitalizmu. Jak
stwierdził Peter Taylor (The Way the Modern World Works, 1996),
Zjednoczone Prowincje znajdowały się w pół drogi pomiędzy kapitalistycznym
państwem miast a nowoczesnym kapitalistycznym państwem narodowym.
Para-peryferyjne kapitalistyczne państwa miejskie istniały jako
nisze w imperiach lennych co najmniej od Fenicjan. (Przykładem
może być Dilmun - por. rozdział 6 "Rise and Demise").
Jednak pojawienie się w Europie feudalnej produkcji towarowej,
wyraźnie zdecentralizowanej formy lennego sposobu akumulacji,
stworzyło tam po pierwsze grupę dość silnych i powiązanych ze
sobą kapitalistycznych państw miejskich, a w końcu sprawiło, że
kapitaliści z Amsterdamu mogli przejąć skuteczną kontrolę nad
państwem holenderskim. Było
to pierwsze kapitalistyczne państwo rdzenia na ziemi. Działało,
posługując się władzą państwową w celu przyswajania sobie zakumulowanych
zysków, a nie systemem opodatkowywania chłopów czy przejmowaniem
lenn. W dodatku działa się to na skalę międzykontynentalną. To
fakt, że nie było ono najpotężniejszą potęgą militarną Europy.
Jednak posiadało jednocześnie znaczące siły morskie o międzykontynentalnym
zasięgu. W tym sensie było faktycznym "etapem przejściowym"
pomiędzy wcześniejszymi kapitalistycznymi państwami miejskimi
a czymś, co później przybrało najdoskonalszą formę w postaci brytyjskiej
hegemonii z 19 wieku. Tak więc hegemonia holenderska była ważną
częścią rozwoju kapitalizmu oraz ekspansji potęgi europejskiej. Ważne
badanie wspierające niniejsze podejście zostały opublikowane przez
Joya'ę Misra oraz Terry Boswella w 1997 roku jako artykuł: "Dutch
hegemony: global leadership during the age of mercantilism",
Acta Politica 32:174-209, a także przez George'a Modelskie'ego
i Williama R. Thompsona w książce z 1996 Leading Sectors and World
Powers. Chris
Chase-Dunn
Zarówno
Chase-Dunn, jak i Barandese mają rację. Jak to możliwe? Ponieważ
Barendse myśli o "hegemonii" przede wszystkim jako dominacji,
podczas gdy dla Chase-Dunna oznacza ona "przywództwo",
czy też, lepiej, "determinującą innowacyjność". Jak
zauważył Gramsci i inni, pierwotne znaczenie "hegemonii"
to "przywództwo". Te dwa znaczenia nie są wymienne.
Na przykład, jak mi się wydaje, Francja była hegemonem, lub bardzo
starała się, by taki status uzyskać, pomiędzy rządami Ludwika
XIV a Napoleona I, jednak tylko w sensie posiadania przeważającej
politycznej, militarnej, kulturalnej i gospodarczej potęgi. Jednak
o żadnym momencie tego okresu nie można powiedzieć, że Francja
przewodziła Europie czy cywilizacji zachodniej na jej drodze ku
przyszłości, może poza domeną idei politycznych. To samo dotyczy
Niemiec w okresie ich rozkwitu od 1871 do 1945 roku. Niemcy były
najpotężniejszą siłą w Europie w przeważającej części tego okresu,
jednak nie były zbyt "innowacyjne" poza niektórymi dziedzinami
nauki i badań. Z
drugiej strony uważam za nieszczęśliwy fakt, że teoretycy systemu-świata
zdecydowali się na termin "hegemonia", ponieważ jego
pierwotne greckie znaczenie zostało dziś już praktycznie zapomniane
i większość ludzi uważa, że odnosi się ono tylko do dominacji,
która jest zresztą jedynym synonimem tego słowa podanym w słowniku
Merriam-Ebster Collegiate Dictionary. Wyjaśnienie na przykład
studentom, dlaczego Giovanni Arrighi może odnosić poprawnie termin
"hegemonia" do renesansowej Genui to prawdziwy koszmar.
Nie mogą też zrozumieć, dlaczego "światowo-systemowcy"
wykazują tak niewielkie zainteresowanie Francją i Niemcami. Nie
pomaga nawet fakt, że aktualny "hegemon", Stany Zjednoczone,
są hegemoniczne w obydwu znaczeniach tego pojęcia - co nigdy nie
miało miejsca w przypadku ich poprzednika, Wielkiej Brytanii. Historyczna
rola Wielkiej Brytanii, od Wilhelma III aż do Jerzego VI polegała
na zapobieganiu, żeby jakiekolwiek państwo kontynentalne nie stało
się potęgą hegemoniczną (w drugim znaczeniu), jednocześnie czuwając
nad swoją własną "hegemonicznością" (również w drugim
sensie). Dla pewności, Wielka Brytania bez wątpienia była hegemonem
(w pierwszym znaczeniu), również w pewnym okresie i w drugim sensie,
na morzu. Jednak jej potęga morska nie przeszkodziła Napoleonowi
czy Niemcom hitlerowskim przed zagarnięciem prawie całej Europy. Powodzenia,
Nie
czytałem tej nowej książki, zatem poniższe uwagi nie są skierowane
bezpośrednio do Chase Dunna, ile dotyczą tego, co wydaje się powszechnym
konsensem wśród większości, a może i wszystkich, zwolenników teorii
systemów-światów co do znaczenia konfliktów między-rdzeniowych
w nadchodzących dekadach. Chciałbym na samym początku stwierdzić,
że zasadniczo zgadzam się z tezą, że "świat, który znamy"
kończy się (to właśnie jedno z tych twierdzeń, dzięki którym analizy
systemu-świata zyskały taki rozgłos). I to właśnie z tego powodu,
dla którego staram się zmierzyć, bez względu na skutek, z problemem
określenia trajektorii mającego obecnie miejsce kryzysu, w sensie
znalezienia historycznych podobieństw w nowoczesnym systemie-świecie. Zauważono
odstępstwa od poprzednich modeli tranzycyjnych: fakt, że podczas
ostatniej fazy B kapitał odpływał do starych hegemonii; nieobecność
znaczącej zmiany nastawienia geopolitycznego USA; brak początku
nowej "Wojny Trzydziestoletniej", która według wszelkich
reguł powinna była wybuchnąć pod koniec lat 80-tych 20 wieku,
a nie za 20-30 lat od teraz. Pomimo oczywistych oznak, że tradycyjna
logika systemowa jest wypierana przez coś nowego, w dalszym ciągu
skupiamy się na gospodarczych wyzwaniach w stosunku do USA jako
głównej siły napędowej zmian. Słyszymy, że kryzys azjatycki jest
jedynie tymczasowym zastojem w trwałym wzroście Japonii/Chin/Azji
Wschodniej jako całości. Twierdzimy, że sukces amerykański z ubiegłej
dekady jest jedynie przejściowym trendem, z którego przywilejów
w latach 70-tcy korzystała Europa, a w 80-tych Azja. Staramy się
ograniczyć znaczenie każdego nieporozumienia między USA a ich
sojusznikami (choć naprawdę trudno powiedzieć, czy nieporozumienia
te są dziś głębsze niż przed 50 laty). Komentarze takie pojawiły
się zwłaszcza obficie w momencie kryzysu w Kosowie, który po zakończeniu
został określony jako klęska Ameryki. Arno
Tausch zwrócił uwagę na rolę różnic ideologicznych w przygotowaniach
do konfliktu zbrojnego, i oczywiście ma rację. Jednak równie ważne
są konkretne wspólne interesy mocarstw centrum. Z powodu wzrostu
nierówności dochodów w całym systemie oraz czynników ekologicznych
przemawiających przeciwko "doganianiu" przez Chiny czy
Indie, Niemcy, Japonia oraz USA dysponują środkami umożliwiającymi
utrzymanie hierarchii w wartości dodatkowej, która jednoczy te
kraje, w obliczu czego różnice nie są tak znaczące. Obawa większych,
biednych państw, które mają mało do stracenia (ciągle obecne wyzwanie
dla Europy i Azji, ale nie dla Ameryki Północnej) powinna wystarczyć
jako sposób na zapewnienie, że Europejczycy i Japończycy pozostaną
klientem USA. Dodatkowo
możliwość owocnej rywalizacji z USA jest nie do pomyślenia z powodu
ciągłego braku jedności po stronie "pretendentów". Pewien
artykuł wysłany na tę listę latem ubiegłego roku (wyleciało mi
z głowy nazwisko autora, ale wydaje mi się, że od tego czasu tekst
ten został wydrukowany w New Left Review) utrzymywał, że wojna
w Kosowie ostatecznie pogrzebała sen o europejskiej przeciwwadze
w stosunku do USA, zarówno politycznej, jak i kulturowej. Brak
jedności politycznej oznacza mniejsze rynki i większe problemy
z obroną własnych interesów na arenie międzynarodowej (o czym
świadczą sukcesy USA w Zatoce Perskiej oraz w basenie Morza Kaspijskiego
w ciągu ostatnich 10 lat). Oczywiście, geopolitycznie i militarnie
uprzywilejowana pozycja USA umożliwia im również destabilizację
swoich sojuszników (przez doprowadzenie do konfliktu w Kosowie;
przez powołanie do istnienia, a następnie sprawowanie kontroli
nad Saddamem Hussjnem i Milosevicem) i trzymanie ich dzięki temu
na krótkiej smyczy. Nie ma się co dziwić, że w tych warunkach
inwestorzy międzynarodowi zwracają się ku rynkom amerykańskim
jako oazom spokoju (Clinton ma rację, nie mają jej izolacjoniści
- ekspansja USA w czasie ostatnich 10 lat miała miejsce dzięki
globalizacji gospodarczej). Trzeba mieć bujną wyobraźnię, by przewidzieć,
że Europejczycy czy Azjaci zaczną dyktować warunki, nawet jeśli
ich wydatki na zbrojenia zaczynają doganiać poziom z USA (choć
nie tak bardzo). Walka o hegemonię wydaje się być zastępowana
przez o wiele bardziej niebezpieczną walkę o przetrwanie, której
rodzaj będzie pewnie zbliżony do tego, o czym mówił pan Tausch. Myślę,
że nie jest zbyt wcześnie, by zacząć na poważnie rozważać możliwość,
że, biorąc pod uwagę skupienie władzy w USA, znajdujemy się obecnie
w fazie przejścia do jakiejś formy imperium-świata. Możliwość
ta była zawsze brana pod uwagę jako jeden z trzech możliwych skutków
obecnego kryzysu (obok nowej hegemonii i chaotycznej dezintegracji)
przez teoretyków systemu-świata, jednak z jakiegoś powodu to hegemonia
okazała się wariantem, który zdominował wszystkie debaty. Jeśli
tak się naprawdę dzieje, to hegemonie brytyjska i holenderska
muszą stracić swój status poprzednika, którego trzeba będzie poszukać
gdzie indziej (jeśli w ogóle taki istniał). W ten sposób stanie
przed nami cała masa dylematów do rozważenia, podporządkowanych
(i wymagających nowego opisu) walce o hegemonię. Będziemy musieli
nie tylko określić idee, które są ideologiami imperium-świata
naszych czasów oraz zlokalizować możliwe źródło ich pochodzenia,
ale też zmierzyć się z pytaniem dotyczącym o wiele bardziej fundamentalnego
przesunięcia w naszym poznaniu świata, który właśnie się rodzi. Boris
Stremlin
Jeśli
dobrze rozumiem Gramsciego (i Arrighi'ego), hegemonia to nie tylko
przywództwo, ponieważ przywództwo można osiągnąć na wiele różnych
sposobów, różne też mogą być tego skutki. Zamiast tego za hegemonię
należy uznać kierowanie za pomocą kombinacji "przymusu i
przyzwolenia", w taki sposób, że przywództwo oznacza lepszą
służbę interesom grupowym czy też, jak kto woli, korzyściom grupowym,
jednak jej efektem są największe korzyści dla hegemona. Przychodzi
mi do głowy kilka przykładów. Jednym z nich jest Bretton Woods
(BW) oraz jego skutki. BW przyniósł korzyści światu, jednak najbardziej
skorzystały z niego USA; korzyści te dla tego państwa wciąż są
odczuwane dzisiaj, mimo załamania BW. Tak
na marginesie, idąc dalej, chciałbym stwierdzić, że trwałe przywództwo
musi przybrać formę hegemonii. Przywództwo jedynie przez przymus
w końcu się załamuje, ponieważ program każdej ze stron zakłada
równość roszczeń, co prowadzi do podważenia warunków współpracy. Chciałbym
jeszcze zauważyć, że weberowskie koncepcje "herrschaft"
oraz "legitymizacji" są odpowiednie (i dają się z powodzeniem
odnieść) do pojęcia hegemonii. Widziana z perspektywy weberowskiej
hegemonia jest "uzasadnioną (oraz uzgodnioną) dominacją (rozumianą
jako przymus)". Możemy nawet powiedzieć, że trzy formy legitymizacji
Webera - tradycja, charyzma oraz racjonalno-prawna - są również
istotnymi składnikami hegemonii. Carl
Dassbach
Chciałbym
podziękować wszystkim uczestnikom dyskusji za ich poważny wkład.
Chciałbym tu polecić kilka bardzo przydatnych odnośników, gdzie
znajdują się materiały na tematy, z którymi musimy się zmierzyć
w przypadku hipotezy Chase-Dunna/Boswella 1).
Jestem przekonany, że jakakolwiek poważna dyskusja musi uwzględnić
toczące się obecnie konflikty zbrojne na świecie. Ich ignorowanie
to coś niedopuszczalnego w sensie naukowym i moralnie złego. Wydaje
mi się, że najlepszym źródłem informacji na temat wydarzeń na
świecie jest serwis BBC, który można przeszukiwać pod adresem: http://www.bbc.co.uk/search/
angielski
system przeszukiwawczy Le Monde Diplomatique jest równie potężny.: http://www.monde-diplomatique.fr/en/
Większość,
choć nie wszystkie, artykułów jest dostępna za darmo. (O wiele
przydatniejsza jest francuska przeszukiwarka:) http://www.monde-diplomatique.fr/
Kilka
prognoz na temat przyszłych konfliktów: http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/09/marcos http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/07/nato http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/10/caspian http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/10/caucasus http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/11/usmil Strategia
rozszerzania się przyjęta przez NATO przeciwko Rosji mogła zablokować,
w perspektywie, jakiekolwiek poważne zmiany demokratyczne w tym
kraju. 150 miliardów baryłek ropy to dobry powód do ekspansji
zachodnich interesów na Kaukaz... 2).
Rosja Rosja
wychodzi z turbo-kapitalistycznej post-transformacyjnej depresji.
Znowu jestem przekonany, że ktokolwiek, kto przewiduje wojnę między
Niemcami a USA w ciągu następnych 40 lat musi stanąć przed pytaniem
- a co z, na przykład, statusem Rosji na Kaukazie? Co z rywalizacją
między USA a Rosją nastawioną na kontrolowanie ropy Morza Kaspijskiego?
Co ze stanowiskiem Rosji (słusznym lub nie) w stosunku do wojny
w Kosowie? http://www.rferl.org/
http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/11/02lewin
Polecam
również lekturę serii dogłębnych artykułów Michaela Shafira na
temat polityki radykalnej w Europie Wschodniej http://www.rferl.org/eepreport/index.html a
także inne materiały na temat szowinizmu w dzisiejszej Rosji http://www.amber.ucsf.edu/homes/ross/public_html/russia_/nat.txt http://www.adl.org/russia/russian_political_antisemitism_3.html http://www.rferl.org/nca/features/1999/11/f.ru.991124143447.html http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/11/03frioux 3).
Hindusko-Pakistański konflikt jest również regularnie lekceważony
jako potencjalne źródło przyszłych poważnych konfrontacji. Poniższe
zasoby internetowe mogą się okazać przydatne dla poważnej debaty
na temat działań pokojowych: http://uk.fc.yahoo.com/k/kashmir.html http://www.cdi.org/adm/1214/ http://www.nci.org/ind-pak.htm http://www.angelfire.com/sd/urdumedia/peace.html http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/10/04afghan 5).
Fundamentalizm Zajrzyjcie
na tę bardzo przydatną stronę Le Monde Diplomatique w języku angielskim,
aby zdobyć informacje na temat tego, często niewłaściwie pojmowanego
problemu http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/06/05gresh2
http://www.monde-diplomatique.fr/en/1999/09/16islam
gdzie
znajdują się interesujące, nieraz dostępne za darmo odnośniki 4).
Zachodnie służby wywiadowcze i przedstawiciele instytucji obronnych
wyraźnie próbują ustanowić związki pomiędzy nowymi strukturami
władzy w Rosji a starym aparatem. Zimną Wojnę łatwiej odnowić
niż niemieckie lub japońskie, prawdziwe bądź zmyślone, zagrożenie
http://www.stratfor.com/CIS/countries/Russia/russia2000/putinmaintemp.htm http://www.stratfor.com/CIS/countries/Russia/russia2000/putin3.htm http://www.defenselink.mil/speeches/1999/s19990923-secdef.html http://www.defenselink.mil/ http://newsweek.com/nw-srv/printed/int/dept/ps/a33715-1999oct8.htm http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/06/04gresh1 http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/06/11russia http://www.monde-diplomatique.fr/en/1999/12/07sapir http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/03/10russia Na
temat poszukiwanie przez Pentagon widocznych wrogów spójrz na: http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/11/usmil Na
temat amerykańskiej produkcji broni: http://www.monde-diplomatique.fr/en/1997/09/boeing
Putin
to człowiek, który dokładnie pasuje do ich wyobrażonych potrzeb. 5)
Niemcy: Najpierw
oficjalna strona ministerstwa Joschki Fischera: http://www.auswaertiges-amt.de/1_fremsp/Startsei/index.htm poniższe
artykuły również mogą się okazać interesujące: http://www.monde-diplomatique.fr/cgi-in/htsearch?config=htdigdiplo&words=joschka+fischer&Envoi=recherche Austria,
Włochy oraz inne państwa europejskie: Następujące
dokumenty mogą się okazać interesujące w kontekście debaty na
temat Chase Dunna/Boswella: http://www.multimedia.calpoly.edu/libarts/mriedlsp/Publications/eeq.html http://www.multimedia.calpoly.edu/libarts/mriedlsp/Publications/GSA99/GSA9.html
http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/05/09raff http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/05/05fnsh http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/11/14yugo1 http://www.monde-diplomatique.fr/en/1998/04/01leader (koniecznie
z odnośnikami do innych ważnych artykułów) Podsumowując:
badania na temat systemu-świata oraz demokratycznej lewicy politycznej
powinny oczywiście być prowadzone w odniesieniu do wszystkich
zjawisk na całym świecie, jednak głównymi centrami konfliktów
światowych będą te, które sam przewidziałem już w 1993 roku w
swojej książce dla Macmillana "Socio-Liberal Theory of Development". Pozdrowienia, PS: Andre Gunder Frank, w swojej osobistej odpowiedzi, którą do mnie wysłał całkowicie błędnie odczytał moje argumenty na temat 19-wiecznych Niemiec. Tak naprawdę wszyscy niemieccy ideologowie nacjonalizmu, na przykład Richard Wagner czy Wilhelm Busch, przyczynili się do powstania modelu anty-semityzmu i szowinizmu. Jona Goldhagen ma rację nazywając go antysemityzmem eksterminacyjnym. Jednak przeczytajcie http://www.amber.ucsf.edu/homes/ross/public_html/russia_/nat.txt dla porównania z obecną sytuacją w Rosji!
Jakie
są jeszcze przyczyny wojen? Bruce
Russett Błyskotliwa,
perspektywiczna diagnoza stanu systemu międzynarodowego zaproponowana
przez Randall Forsberg jest według mnie całkiem poprawna. Jednak
jej sugestie, nawet jeśli na miejscu, moim zdaniem nie wyczerpują
problemu. W kilku miejscach jej eseju właściwie ocenia zmierzch
wojen między wielkimi państwami w związku z trzyma doniosłymi
przemianami: technologia wojenna, wzrost bogactwa, oraz demokratyzacja
wartości i instytucji politycznych. Jednak ocena ta, aby wyraźniej
opisać ten zmierzch, skupia się przede wszystkim na środkach kontroli
uzbrojenia i rozbrajaniu, nie przywiązując zbyt wielkiej roli
do innych kluczowych zmian, które wówczas miały miejsce. Równie
dobrze mogło być tak, że wielkie mocarstwa były w stanie i rzeczywiście
redukowały swoje arsenały broni masowej zagłady tak aby wesprzeć
wysiłki drugiej strony i służyć jako przykład dla mniejszych państw.
Możliwe że osiągnęły nawet wspólne porozumienie, żeby ograniczyć
sprzedaż broni do mniejszych krajów, które pragną rozbudować swój
potencjał militarny, który, jak trafnie zauważa Forsberg, jest
prawdziwym zagrożeniem, zarówno z krótszej, jak i z dalszej perspektywy,
dla interesów wielkich mocarstw. Jednak efekty podobnych usiłowań
nie są zbyt widoczne. Potrzebny by tu był niewątpliwie jakiś skuteczny
pakt między wielkimi mocarstwami, który jednocześnie gwarantowałby
jakiekolwiek możliwości podstępów. Jak by nie było, najczęściej
spotykaną odpowiedzią na głosy o ograniczenie zbrojeń jest: "Jeśli
my nie sprzedamy, to zrobią to Brytyjczycy (Francuzi, Niemcy,
Rosjanie, i inni)". W uwadze tej jest sporo racji. To, czy
zakup broni ze strony wielkich mocarstw od ich własnego przemysłu
spada, ma ogromne znaczenie. Wówczas trudno powstrzymywać naciski
na koncerny militarno-przemysłowe, aby trzymały swoje arsenały
w otwarciu i zatrudniały ludzi. Jeśli
warunki międzynarodowe dla ograniczania zagrożeń bezpieczeństwa
prawie na całym świecie wydają się pierwszorzędne dla takiej samokontroli,
podobnie jak warunki gospodarcze w świecie uprzemysłowionym. W
przypadku Europy (poza Rosją), a nawet Japonii dobre czasy dla
ekonomii wciąż trwają. Nawet jeśli wzrost gospodarczy uległ spowolnieniu,
w niektórych krajach nawet zamierając, warunki są i tak lepsze
dla całego świata niż w okresie globalnej recesji czy depresji,
które może jeszcze mieć miejsce. Ponieważ warunki te wydają się
pierwszorzędne, skutki sytuacji w Stanach Zjednoczonych mogą wywoływać
lęk. Gospodarka amerykańska wciąż się toczy do przodu. Budżet
obronny spada, a mnóstwo nowych zamówień do amerykańskiego przemysłu
zbrojeniowego z całego świata wciąż nadciąga. Jednak równocześnie
administracja podwyższa embargo na sprzedaż zaawansowanej broni
dla Ameryki Łacińskiej. Jeśli tak się dzieje podczas prosperity,
to jak będzie wyglądała sytuacja w czasie recesji, kiedy pozbawieni
zajęcia producenci broni nie będą w stanie znaleźć sobie alternatywnego
zatrudnienia? Albo gdy, na co wspólnie z Forsberg mam nadzieję,
wojska USA zostaną znacznie zmniejszone. Ważne
jest w związku z tym, żeby poszerzyć zakres umów ponad wymiar
militarny. Podobnie jak badacze w medycynie, możemy spojrzeć na
"epidemiologię" konfliktów militarnych w świecie, aby
zrozumieć ich przyczyny. Na przykład, rzućmy okiem na wszystkie
pary krajów w świecie w okresie po drugiej wojnie światowej. Zobaczmy,
czy jakakolwiek z tych par znajdowała się w określonym okresie
w stanie sporu zbrojnego (groźba lub użycie broni na mniejszą
skalę, nie tylko w sensie rzeczywistej wojny). Spory na mniejszą
skalę są równie ważne w tym przypadku, jak same wojny, ponieważ
większość wojen - rzadkich przypadków, o których trudno rozważać
na poziomie ogólnym - zaczyna się właśnie jako eskalacja sporów.
Wszystkie te przypadki - zarówno pokoju, jak i wojny - dają nam
w rezultacie około 200.000 faktów do rozważenia. Analiza
podobnych informacji, oparta na teorii, jak i pewnego rodzaju
intuicji, pokazuje co następuje: Kiedy
weźmie się pod uwagę rolę powstrzymywania, jak i równowagi militarnej,
ujrzymy dwie inne przyczyny wielkiego prawdopodobieństwa pojawienia
się sytuacji, że dwa kraje rozpoczną straszyć siebie wzajemnie
użyciem siły (lub gdy rzeczywiście tak się stanie) poza tymi,
które wymienia Forsberg. Po pierwsze, wielkie znaczenie ma to,
czy są to kraje demokratyczne. W przypadku państwa o rozwiniętej
demokracji w konflikcie z krajem o silnym systemie autorytarnym
mieliśmy dwu i półkrotnie częściej do czynienia z konfrontacją
zbrojną, niż w przypadku dwóch krajów demokratycznych. Ponadto
w okresie tym nie miały miejsca żadnej wojny między dwoma w pełni
demokratycznymi krajami. (Większość wojen domowych, i wszystkie
przypadki ludobójstwa, również miały miejsce w krajach o autorytarnym
lub totalitarnym systemie). Gospodarka
również odgrywa ogromną rolę. Jeśli mielibyśmy do czynienia z
dwoma zależnymi od siebie w znacznym stopniu państwami (ich wspólny
handel stanowił znaczną część ich PNB), znowu zagrożenie sporem
militarnym było dwu i półkrotnie mniejsze niż wtedy, gdy handel
ten był słaby lub w ogóle nie istniał. Był to o wiele większy
hamulec dla wojen niż po prostu bogactwo - powody takiego stanu
rzeczy są oczywiste. Jeśli zbombardujemy miasta lub fabryki naszego
bliskiego partnera handlowego - gdzie prawdopodobnie również posiadamy
znaczne prywatne udziały inwestycyjne - niszczylibyśmy w ten sposób
również nasze rynki, dostawców, czy wręcz posiadłości naszych
rodaków. Warto
też wspomnieć o kolejnej przyczynie. Organizacje międzynarodowe
ograniczają konflikty na wiele sposób. Nieliczne z nich może tak
naprawdę zmusić do czegokolwiek tych, którzy łamią prawa; jednak
wszystkie są w stanie pośredniczyć w konflikcie interesów, przekazywać
informacje i towarzyszyć w rozwiązywaniu problemów, mogą też oswajać
rządy i ludzi ze wspólnymi normami i podzielanymi tożsamościami.
Państwa, które były członkami tych samych organizacji (w niewielkim
stopniu ogólnoświatowych - w większości przypadków były to organizacje
regionalne na rzecz handlu, bezpieczeństwa, rozwoju czy ochrony
środowiska) również rzadziej walczyły ze sobą czy też groziły
użyciem broni. Łącznie,
gdy wszystkie te trzy przyczyny (demokracja, współzależność oraz
gęsta sieć międzynarodowych organizacji) były odpowiednio silne,
pary krajów o 80 procent rzadziej wchodziły ze sobą w spory zbrojne
niż w przypadku (średniej) innych par krajów na całym świecie.
Wnioski te skłaniają do dalszych analiz, jednak okazuje się, że
można je porównać efektywnie z wiedzą, którą już dysponujemy,
na przykład na temat przyczyn powstawania raka czy chorób serca.
Dalsze analizy również skłaniają mnie do przekonania, że relacje
te są tak naprawdę przypadkowe. Na przykład kraje o wiele rzadziej
wojują, ponieważ jednocześnie prowadzą wzajemny handel, a nie
odwrotnie, ponadto kraje nie wstępują do organizacji międzynarodowych
tylko wspólnie z państwami, które są ich bliskimi przyjaciółmi. Forsberg
ma prawdopodobnie rację twierdząc, że szanse na większą wojnę
z użyciem sił konwencjonalnych podczas następnych kilkudziesięciu
lat są niewielkie. Jednak w przypadku średniej lub dłuższej perspektywy
musimy zastanowić się dokładnie nad doprowadzeniem do wyraźnych
ograniczeń militaryzacji. Za jakieś dwie dekady tego wieku Chiny
mogą osiągnąć wartość PNB (ogólnego, a nie per capita) równą USA.
Jeśli będą dalej się rozwijały tak gwałtownie, obydwa te kraje
mogą zacząć nagle ostrą rywalizację, która zdaniem Forsberg zdarza
się regularnie co, mniej więcej, 50 lat. Szczególnie niebezpieczne
byłoby, jak ostrzega Forsberg, kontynuowanie przez Chiny importu
zaawansowanych technologii wojennych z Rosji, czy też nawet wejście
z nią w jakiś bliski sojusz. Obserwacje "epidemiologiczne"
uczą nas sposobów uporania się z podobnymi sytuacjami. Po pierwsze
musimy postarać się jak tylko możemy, żeby wciągnąć Rosję w zachodni
system bezpieczeństwa, gdy tylko jej demokracja i nastawienie
wolnorynkowe będą wystarczająco silne. Jeśli NATO ma się rozszerzać,
nie wolno zatrzymywać tej ekspansji blisko granic rosyjskich,
która doświadcza spektakularnego rozwoju politycznego i gospodarczego
- jeśli tak się stanie, będzie ona musiała poszukiwać ścisłych
związków z Chinami. Po drugie, musimy równie silnie starać się
o wprowadzenie Chin w światową sieć współzależności gospodarczych
i organizacji międzynarodowych - zarówno w naszym, jak i samych
Chin interesie. Nie
wygląda na to, żeby Chiny miały się w najbliższym czasie zdemokratyzować,
w związku z czym tym istotniejsze jest umocnienie inicjatyw gospodarczych
i instytucjonalnych, które zniechęcałyby do zdecydowania się na
dalszy rozwój militarny. (Przywódcy chińscy znacznie bardziej
są skłonni zaakceptować naciski międzynarodowe na gospodarczą
niż polityczną liberalizację). Nie będzie to proste, nie zawsze
też wygodne. Jednak jest to o wiele bardziej rozsądne niż poleganie
przede wszystkim na "zapobiegawczym" wzmacnianiu się
militarnym, tak żeby włączyć w to i Chiny. Skutkiem takiej strategii
będzie samo-spełniająca się przepowiednia bądź konflikt. Niektóre
"nieposłuszne" państwa prawdopodobnie będą znajdowały
się dalej poza systemem stosunków pokojowych, który można zbudować.
Ale jeśli będzie ich niewiele, odpowiednie środki zapobiegawcze
będą mogły być zastosowane z użyciem środków militarnych niskiego
poziomu, za którymi opowiada się Forsberg - obywatele tych państw
z pewnością będą o wiele bardziej w stanie zaakceptować i naciskać
na obniżaniu tego poziomu. 1.
Wyniki te zostały przedstawione w: John Oneal and Bruce Russett,
"The
Do
pewnego stopnia zgadzam się z odpowiedziami Chase Dunna i Warrana
Wagara, i serdecznie im dziękuję za to, że rozumieją "hegemonię"
jako centralną pozycję w sieci rynków w ramach europejskiego pod-systemu
globalnego handlu. Jeśli ponadto stwierdzi się, że chodzi tu o
"determinującą innowacyjność instytucjonalną", wówczas
Niderlandy w siedemnastym wieku z pewnością pasują do definicji
hegemonii. Nie mam również zamiaru sprzeczać się z sugestią, że
siedemnastowieczna Holandia odgrywała bardzo ważną rolę w powstaniu
nowoczesnego kapitalistycznego systemu-świata. Co do tego nie
ma wątpliwości. Oczywiście,
ekonomia holenderska - przynajmniej ta w prowincjach Holland,
Zeeland i do pewnego stopnia Friesland - spełniała większość warunków
gospodarki kapitalistycznej. Stąd na przykład w przypadku absolutnie
kluczowego kryterium komercjalizacji rolnictwa chłopi z Holland
i Friesland pracowali jedynie dla zysku i w celu sprzedaży swoich
produktów na rynku - dodałbym jeszcze, że było to o wiele bardziej
naturalne w przypadku rolników hodujących bydło niż uprawiających
zboża. Jednak inaczej niż to miało miejsce w pozostałej części
Europy do 17 wieku, holenderski sektor rolniczy został całkowicie
skomercjalizowany i kontrolowany przez "przedsiębiorców"
kapitalistycznych - w większości były to tak naprawdę osoby pochodzenia
szlacheckiego. Van Winter oraz De Vries napisali niedawno 800-stronicową
książkę, w której wymieniają pozostałe kryteria kapitalizmu -
nie widzę powodu, aby się z nimi nie zgadzać w tym miejscu. Nie
jestem jednak pewny co do systemu politycznego, ponieważ, jak
uważa Chase Dunn, jak może niektórzy z nas wiedzą, Republika Holenderska
była przede wszystkim luźną Unią Siedmiu Prowincji, gdzie decyzje
Stanów Generalnych mogły być wetowane przez każdy z siedmiu Stanów
z prowincji. O ile w przypadku Holland, Zeeland oraz do pewnego
stopnia i Utrechtu, Stany prowincji były nominowane przez miasta,
a głos szlachty był tylko umowny, w innych prowincjach - zwłaszcza
w Gelderland - decyzje zależały przede wszystkim od szlachty -
miasta miały niewiele do powiedzenia. Stąd kapitalistyczni "regenten"
z pewnością dominowali w aparacie władzy w Holland, jednak nie
było tak w przypadku całego kraju. A
to dlatego, że rewolucja holenderska nie była prowadzona głównie
w imię religii czy tożsamości "narodowej", ale przede
wszystkim w celu obrony szczątków późnośredniowiecznych przywilejów
lokalnych przeciwko centralizującym zapędom "nowożytnego"
państwa hiszpańskiego. W tym sensie była to "rewolucja konserwatywna",
co oznacza, że w prowincjach, w których miasta miały dotychczas
silną pozycję, została ona jeszcze bardziej wzmocniona dzięki
rewolucji, ale tam, gdzie silna była szlachta - na przykład w
Gelderland - rewolucja raczej umocniła ich pozycję. Stąd o ile
w Holland miasta rozkwitały, a szlachta - już w piętnastym wieku
znacznie zadłużona - była w większym lub mniejszym stopniu "wykupywana"
przez inwestorów zainteresowanych ziemią; w Gelderland miasta
(oprócz miast Arnhem i Nijmegen z Rhine) tak naprawdę przeżyły
schyłek, a obciążenia "feudalne" ponownie zostały ustanowione
lub też stały się jeszcze bardziej dotkliwe. Znowu w Friesland
- która w przeciwieństwie do Holland i Zeeland była prawie w stu
procentach wiejska, ale która praktycznie nie posiadała szlachty
feudalnej, a raczej system właścicieli ziemskich oraz farmerów
działających na zasadach różnego rodzaju dzierżawy - farmerzy-właściciele
musieli w ciągu siedemnastego wieku coraz częściej opuszczać swoje
posiadłości, natomiast dzierżawcy coraz częściej stawali się pozbawieni
ziemi. Wraz
z upadkiem kilku miast w Friesland po 1670 roku, Friesland coraz
szybciej stawało się społeczeństwem podzielonym między świetnie
sobie radzącą szlachtę wiejską a pozbawionych ziemi i uprawiających
małe pola chłopów. W przypadku przedsiębiorców ziemskich uważających
się za nową "szlachtę" przed rokiem 1750, czy też stających
się "oligarcia", podobnie jak we Argentynie naszych
czasów - to z pewnością zupełnie odmienna historia od tej związanej
z miastami handlowymi i dzierżawcami folwarków w Holland. Mógłbym
ciągnąć ten temat dalej, odnosząc się do sytuacji w Overijsel,
Drente (obszar zamieszkany przez biednych, zrozpaczonych, prawie
zupełnie zdanych na siebie, chłopów, którzy co do standardów życia
w 1800 roku znajdowali się raczej na poziomie roku 800) czy też
w jeszcze innych "zajętych regionach" Brabantu i Limburgu,
jednak to powinno wystarczyć. Chodzi
mi o coś innego: choć zgadzam się z Chase Dunnem, że Republika
Holenderska znajdowała się gdzieś pomiędzy "kapitalistycznym
państwem-miastem" (cudzysłów jest tu bardzo gruby, ponieważ
jak sądzę nieporozumieniem byłoby stwierdzenie, że Dilmun, Tyre
czy Carthago były kapitalistyczne w jakimkolwiek sensie tego pojęcia,
który kojarzymy z nim dzisiaj - zamiast tego lepiej byłoby je
określać mianem "republik kupieckich" czy "handlowych
państw-miast") a państwem narodowym, to jednak twierdzenie,
że "kapitaliści z Amsterdamu przejęli państwo" jest
po prostu fałszywe. Republika Holenderska funkcjonowała w zupełnie
odmienny sposób. Była to wysoce złożona struktura, oparta na delikatnej
równowadze między Księciem Oranii a Stanami Generalnymi, pomiędzy
miastami a wsiami, szlachtą a mieszczanami oraz pomiędzy prowincjami.
Tak naprawdę Amsterdam był ostatnim miastem w Holannd, które przyłączyło
się do rewolucji holenderskiej, ponieważ: A). czcigodni mieszczanie
z Amsterdamu obawiali się, że niezależność od Hiszpanii naruszy
ich interesy handlowe, B). Amsterdam był centrum pielgrzymek katolickich,
z czego czerpał potężne zyski! Jednak
posłużenie się przez Wagara terminem "przywództwo" zamiast
"hegemonia" przysparza sporo problemów. Jest on według
mnie zbyt nieostry, aby miał jakiekolwiek zastosowanie poznawcze.
Chciałbym tu skupić się szczegółowo na przykładzie Genui, którym
posługuje się Wagar. Zgodziłbym się całkowicie z Arrighim, gdyby
stwierdził, że Genua odegrała wiodącą rolę w rozwoju instytucji
nowożytnego kapitalizmu finansowego, jednak w momencie gdy przechodzi
się do innych kryteriów, takich jak bankowość międzynarodowa,
handel międzynarodowy, a przede wszystkim, oczywiście, literatury,
architektury, malarstwa i nauki, wówczas "hegemonem"
okazuje się Florencja (w przypadku sztuki dzieląc tę funkcję z
Rzymem). Podobnie,
jeśli miałbym patrzeć na piętnastowieczną Europę jedynie z ówczesnego
punktu widzenia (powiedzmy z roku 1410), i miałbym wybrać miejsce,
które z perspektywy tamtego okresu wydawałoby się hegemoniczne,
nie zdecydowałbym się na ŻADNE z włoskich państw-miast, które
- oprócz Wenecji - w sensie militarnym były karłami i brakowało
im jakiejkolwiek jedności, ale raczej na Księstwo Burgundii, które
nie tylko było zdecydowanie najbogatszym państwem w Europie oraz
zjednoczonym centrum handlu - podobnie jak Gandawa, Antwerpia
czy Brugia, które były bardzo podobne do Florencji, choć może
nie tak bardzo do Wenecji czy Genui, jeśli przyjrzymy się bliżej
zwłaszcza Gandawie - w ramach jednej korony, ale miało też z pewnością
najbardziej skuteczną i postępową administrację w Europie, a także
najwydajniejsze rolnictwo oraz największą flotę handlową Europy
Północnej. I przede wszystkim, wspaniałe życie dworskie oraz kulturę
rycerską (kulturę z Van Eycka czy z obrazów Tres Riches Heures
du duque de Berry), która służyła za przykład dla hiszpańskich
ceremonii dworskich w szesnastym wieku i stąd dla Austriaków w
siedemnastym wieku. W
pewnym sensie przepych corocznych koncertów noworocznych z Wiednia
to mgliste, rozmyte wspomnienie szykownej kultury Burgundii z
początków piętnastego wieku. Mógłbym iść dalej i stwierdzić, że
jeśli rzeczywiście spojrzymy na system jako całość i postanowimy
wybrać jakieś jedno hegemoniczne centrum militarnej, państwowej
i handlowej potęgi w okolicach roku 1420, nie moglibyśmy w ogóle
liczyć na Europę, a powinniśmy raczej udać się w tym celu do Azji
Środkowej, szczególnie do Samarkandy pod rządami dynastii Timuridów,
jednak myślę, że to powinno wystarczyć. Tak
więc, bronią Arrghiego, ponieważ zgadzam się z Wagarem, że ma
rację co do Genui, jeśli mielibyśmy przedefiniować pojęcie "hegemonii",
powinniśmy się chyba raczej zapytać "które miejsce było centralne
w sensie lokowania transakcji towarowych i finansowych w ramach
europejskiego pod-systemu przed uformowaniem się państwa narodowego",
i wówczas bez wątpienia trzeba by wskazać bądź na Florencję, bądź
na Genuę. Wśród innych kandydatów dla wcześniejszych okresów trzeba
by z pewnością wymienić Wenecję, Siennę - która z niejasnych dla
mnie powodów jest całkowicie zignorowana przez Abu Lughod, choć
miasto to było prawdziwym centrum finansowym w połowie trzynastego
wieku - Brugię oraz - od dziesiątego do dwunastego wieku - Amalfi,
Palermo i - właśnie! - Kordobę. Teraz
chciałbym określić, dlaczego operacje towarowe i finansowe miały
tendencję do skupiania się w jednym miejscu i w związku z tym
dlaczego starożytna europejska "gospodarka-świat" "niezmiennie
miała za swoje centrum miasto", jak twierdzi Braudel w stosunku
do średniowiecza i wczesnej nowożytności. Tak naprawdę odnosiło
się to do pewnego stopnia również do starożytności. Miasto, które
następnie mogło stać się "hegemoniczne", tak by "przewodzić"
handlowi międzynarodowemu. Aby to wyjaśnić, odniosę się do pojęcia
"kosztów transakcji", które oznaczają koszty związane
z zakupem i sprzedażą produktu - włącznie z kosztami transportu
i kosztami ochrony. "Ekonomia skali" w kosztach transakcji
wyjaśnia w prosty sposób, dlaczego bankowość, transport, ubezpieczenia
itd., a nawet transakcje dóbr ciężkich skupiały się przeważnie
w jednym miejscu - konsekwentnie: w miastach, choć targi takie
jak ten w Szampanii pod koniec dwunastego wieku czy z Piacenzy
w wieku szesnastym mogły spełniać niektóre z ich funkcji. Koszty
transakcji były znaczną częścią kosztów związanych z handlem,
w związku z czym najłatwiejszym sposobem obniżenia ogólnych kosztów
produktu było obniżenie kosztów transakcji. Tak naprawdę, innowacje
w epoce przed-industrialnej przede wszystkim i na pierwszym miejscu
polegały na redukcji kosztów transakcji. Nietrudno
to zrozumieć. To jasne, że, jeśli chce się na przykład zarezerwować
podróż statkiem, znacznie taniej jest, gdy z danego miejsca odpływa
wiele statków niż gdyby kursował tylko jeden. Jeśli ktoś chce
wymienić pieniądze w kantorze, wyjdzie to taniej, gdy w okolicy
znajduje się ich kilka i gdy posiadają spore zapasy waluty zagranicznej.
I tak dalej. A
to dlatego, że - i na tym polega różnica między społeczeństwami
państw narodowych a społeczeństwami przed-narodowymi, która daje
o sobie znać gdy cofamy się coraz głębiej do średniowiecza - koszty
transakcji są w obecnych czasach w znacznym stopniu ponoszone
przez państwo i płacone za pośrednictwem podatków, podczas gdy
wcześniej były one "sprywatyzowane", w związku z czym
ich ciężary musiały być ponoszone przez indywidualnych kupców
i klientów. Banalny przykład (choć aż do szesnastego wieku był
on jednym z największych kosztów, na który byli narażeni kupcy
w Europie) - przez powstaniem regularnych usług pocztowych w Europie,
trzeba było opłacić konkretne koszty za dostarczenie listu. Trzeba
było bowiem wynająć kuriera, który przekazałby list z miejsca
A do B. I to wcale nie był drobny wydatek, ponieważ każdy kupiec
wysyłał dziennie kilka listów. Od powstania regularnych usług
pocztowych w szesnastym wieku koszty z tym związane były stopniowo
przenoszone na państwo, tak że klienci nie są już bezpośrednio
obarczani ceną samego produktu (usługi). Było tak w przypadku
poczty i setki innych usług, za które opłata nie jest bezpośrednio
pobierana w samym produkcie, ale raczej za pośrednictwem podatków
i w związku z tym - mniej więcej równomiernie, czy też raczej
nierównomiernie - przenoszona na ogół populacji. Tak więc, jak
z tego oraz wielu innych rzeczy wynika, powstanie nowożytnego
kapitalizmu jest niewyobrażalne bez uwzględnienia decydującej
roli państwa. Jednak
mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju dialektyką. Z jednej strony
kapitalizm wciąż oczekuje, że państwo będzie uczestniczyło w kosztach
transakcji i tak naprawdę pragnie, by regularnie obniżało ono
koszty, które trzeba za to płacić - mówię tu o takich kwestiach,
jak światłowody, systemy bezpieczeństwa na lotniskach, gwarancje
jakości towarów itd. (Zauważmy, że reklama powinna być rozumiana
jako coś bezpośrednio związanego z ceną samego produktu. Jeśli
jakaś firma sprzedaje czterdzieści razy prawie ten sam detergent,
choć w czterdziestu różnych opakowaniach i po czterdziestu różnych
cenach, wówczas cena rzeczywiście zależy od reklamy, a nie od
produktu). Z drugiej strony jednak kapitalizm pragnie stać się
"globalny" i przestać uczestniczyć w kosztach transakcji
- to podatnicy z danego państwa muszą płacić, ponieważ jest to
rzekomo w ich interesie: na przykład jeśli państwo ma dokonać
zlikwidować zanieczyszczenie środowiska naturalnego spowodowane
przez jakąś fabrykę, koszty muszą pokryć w większości lokalni
podatnicy, ponieważ im również nie podoba się życie w śmierdzących
oparach. Stąd
dialektyka globalizacji: z jednej strony firmy oczekują, że państwa
będą brały na siebie coraz większą część kosztów transakcji (weźmy
na przykład tysiące tomów ustaw i tysiące inspektorów, którym
państwa mają przedstawiać obecnie świadectwa jakości produktów,
co jest obowiązkiem państw nawet w ramach UE. Jednak z drugiej
strony nie są chętne płacić za to, ponieważ jakoby nic już ich
nie łączy z państwami narodowymi. Znamy zapewne z historii rozwiązanie
tego dylematu z USA, a także coraz częściej w Europie i Japonii
- mianowicie rozwój zupełnie nowej dziedziny prywatnych zysków
czerpanych z usług: opłaty za obrońców przed sądem. Jeśli kogoś
nie da się opodatkować, należy go pozwać. Z pewnością firmy nierzadko
płacą więcej swoim prawnikom, niż kiedykolwiek były w stanie zapłacić
w podatkach. Nie
zamierzam w tym miejscu komentować raczej nietrafionej uwagi Chase
Dunna, że "feudalizm jest rozwiniętą, zdecentralizowaną formą
lennego sposobu akumulacji", z czym zupełnie się nie zgadzam:
całe to pojęcie formy lennej powinno być jak najszybciej odrzucone
- im szybciej, tym lepiej. Ale w czerwcu wybieram się do USA specjalnie
po to, aby wypowiedzieć się na temat feudalizmu i rzekomego lennego
sposobu produkcji, ponieważ temat ten jest zbyt obszerny, aby
zajmować się nim w jednym liście. Gorące
pozdrowienia dla wszystkich. Mam nadzieję, że innym również podobała
się ta dyskusja tak bardzo jak mi. R.J.
Barendse From
rhutchin@U.Arizona.EDU Thu Jan 27 17:21:46 2000 Wiadomość
przesłana na listę dotycząca redukcjonizmu ekonomicznego stawia
interesujący problem, który można odnieść do rozważań nad możliwą
"trzecią wojną światową" czy też "piąta wojną światową"
w sensie systemu-świata. Ci, którzy utrzymują, że rosnący udział
USA w handlu z Azją doprowadzi do pojawienia się bloku azjatycko-amerykańskiego,
opartego na ścisłych relacjach gospodarczych. Podobnie można przewidywać
powstanie bloku niemiecko/UE-rosyjskiego opartego również jedynie
na podstawach ekonomicznych. W związku z tym może dojść do wojny
rdzenia, nie między USA a Niemcami jako takimi, ale między blokiem
Pacyfiku a blokiem atlantyckim, czy też w sensie geostrategicznym
- pomiędzy euroazjatycką potęgą lądową a potęga morską z obszaru
rowu pacyficznego, gdzie w sensie klasycznym rolę Wielkiej Brytanii
będzie odgrywał blok Pacyfiku. Jednak
scenariusz podobny nie uwzględnia czynników kulturowych. W sensie
kulturowym, as słusznie zauważył Arno Tausch, sieć związków na
Atlantyku jest dość silna. To prawda, że jak na razie trudno jest
wyobrazić sobie, że USA wyrusza na wojnę przeciwko swoim (podporządkowanym
militarnie) europejskim sojusznikom. Równie trudno mówić o trwałym
przymierzu USA z Chinami, który z konieczności musiałby oznaczać
powstanie scenariusza w bloku azjatycko-amerykańskim, nie mówiąc
już o sojuszu Japonii z Chinami! Tak więc nie powinniśmy odrzucać
możliwości pojawienia się bloków USA-UE oraz azjatyckiego. (Mówiąc
to, nie twierdzę, że wojna rdzenia w 2025 roku jest nieunikniona
- jest ona dość realną możliwością opartą na cyklach znanych z
przeszłości). Rozważania
Tauscha na temat Rosji, Chin i innych mocarstw nie-rdzeniowych
jako obecnych celach strategii militarnej USA to jedna rzecz,
choć z krótkiej perspektywy dość przekonująca. W dalszej perspektywie
konflikt między potęgami z centrum prawdopodobnie znowu wybuchnie.
Stąd wyścig Starego (kapitału narodowego) z Nowym (trendy nastawione
na stworzenie pewnego rodzaju państwa światowego, nieważne - kapitalistycznego
czy socjalistycznego). RH
Rosja:
Turcja może przejąć rolę lidera w regionie Morza Kaspijskiego Podczas
gdy rosną obawy o destabilizację regionu Morza Kaspijskiego, Turcja
coraz wyraźniej promuje swój obraz lidera. Jednak jej inicjatywy
mogą doprowadzić do wybuchu konfliktu z Rosją, której z pewnością
nie spodobają się jakiekolwiek próby naruszenia jej potęgi. Boston,
24 stycznia 2000 (Radio Free Europe) - Tylko kwestią czasu jest
to, kiedy Rosja zacznie traktować Turcję jako zagrożenie dla regionu
Kaukazów i Azji Środkowej. Wydaje się, że takie właśnie przesłanie
ma artykuł na pierwszej stronie, który został opublikowany w gazecie
"Nezawisimaja gazeta" w piątek. Dziennik,
którego właścicielem jest Boris Berezowski, zareagowała gwałtownie
na oświadczenie Turcji z ostatniego tygodnia, nawołujące do stworzenia
grupy współpracy, w której miałyby się znaleźć państwa zamieszkiwane
przez Turków. Abdulhaluk Cay, minister stanu do spraw stosunków
połączonych etnicznie narodów w regionie, porównał proponowaną
inicjatywę do Ligi Arabskiej. Ale
"Nezawisimaja gazeta" określiła ten plan jako tureckie
zagrożenie dla Rosji, oskarżając Caya o to, że określił Moskwę
jako "zbyt słabą", aby przeciwstawić się utworzeniu
takiej grupy. Tak naprawdę wywiad Caya dla agencji prasowej Reuters
z 19 stycznia nie zawiera żadnego odniesienia do słabości Rosji.
Powiedział tylko, że podobne stowarzyszenie może powstać nawet
przy sprzeciwie ze strony Rosji, ponieważ chodzi tu o historyczne
więzi między krajami tureckimi. "Przyzwyczają się",
powiedział Cay według Reutersa. "Muszą. Władaliśmy Imperium
Osmańskim przez całe wieki. Jednak dzisiaj w naszych stosunkach
z krajami powstałymi z rozpadu Imperium nie zachowujemy się jak
wielki brat", stwierdził. Może
i Cay przesadził z zasięgiem Imperium Osmańskiego, które nawet
podczas swojego okresu największej chwały w 16 wieku nie obejmowało
całego Kaukazu, nie obejmowało też Azji Środkowej. Jednak akcent
na odwołanie się przez Turcję do dzisiejszego wpływu etnicznego
w regionie Morza Kaspijskiego miało najwyraźniej na względzie
pokazanie kontrastu ze słabnącą potęgą Rosji. Ankara również widzi
siebie w roli siły jednoczącej w momencie, kiedy wojna w Czeczenii
grozi załamaniem porządku w regionie. Po
uwagach Caya usłyszeliśmy wezwania prezydenta Suleymana Demirela
o stworzenie "Kaukaskiego paktu stabilizacji", który
również był reakcją na chaos w Czeczenii. Choć Rosja jest teoretycznie
zachęcana do włączenia się w obydwie inicjatywy, Turcja pragnie
być w nich główną siłą napędową. Nawet
bez ostrej repliki ze strony "Nezawisimej gazety" trudno
sobie wyobrazić, żeby Rosja potraktowała propozycje Turcji jako
wyzwanie rzuconej swojej pozycji. Zamiast zdobyć kontrolę w regionie
za pośrednictwem krótkiej i szeroko zakrojonej wojny przeciwko
terroryzmowi, Moskwa doprowadziła do wzrostu obaw w kilku krajach.
Propozycja turecka jest związana z niepokojem co do problemu uchodźców
i oskarżeń Rosji za pomoc buntownikom z Czeczeni. Ironią
może się wydawać, że próba ze strony Rosji, by strzec jednostki
składające się na jej federację okazała się raczej siłą dzielącą,
nie tylko w regionie, ale też w jej stosunkach z Zachodem. Może
w odpowiedzi Turcja poszukuje możliwości pokazania nowych kierunków,
jeśli nie jest w stanie zostać siłą jednoczącą. "Nezavisimaya
gazeta" szybko obnażyła logikę propozycji tureckiej, twierdząc,
że "Armenia może zostać pierwszą ofiarą" prób stworzenia
"Tureckiej Wspólnoty". Jednak odniesienie się do historycznych
niechęci i obaw może jedynie okazać się kolejnym elementem podziału,
który już stał się zachęta dla pokazania przez Turcję swoich ambicji. Niesamowite
zmiany, które obserwujemy od niedawna w stosunkach Turcji z zagranicą
mogą okazać się o wiele bardziej rozsądną drogą do regionu Morza
Kaspijskiego niż tą, którą posiada Rosja. Poza etnicznością najbardziej
oczywista więzią jest połączenie za pomocą ropociągów, które powoli
zaczynają się tworzyć między krajami Morza Kaspijskiego a Turcją.
Mogą one okazać się szlakami eksportowymi dla ropy i gazu z regionu,
dzięki czemu twarda waluta zacznie napływać do państw, które zwykle
muszą się godzić na transakcje barterowe z Rosją. Pozycja
Turcji jako wielkiego kraju-konsumenta ropy naftowej, czerpiącego
zasoby z Rosji i Morza Kaspijskiego, zaczyna być obecnie uznawana
za źródło wpływów i siły, a nie słabości. Samo to jest już godnym
podziwu postępem, jeśli chodzi o stosunek Ankary względem Moskwy. Jednak
nawet poza energią i ropociągami, obserwowane od niedawna ciepłe
gesty ze strony Turcji w stosunku do Grecji sugerują, że może
ona odgrywać o wiele ważniejszą rolę w stosunkach między wschodem
a zachodem. Seria porozumień z ostatniego tygodnia pomiędzy tymi
dwoma krajami, oraz wizyta w Ankarze greckiego ministra spraw
zagranicznych George Papandreou pozwala żywić nadzieję, że stosunki
te będą w dalszym ciągu się polepszały. Złagodzenie
stosunku Turcji do swojego zachodniego rywala sprawiło, że również
o wiele bardziej przejrzysta wydaje się perspektywa tego kraju
do stania się członkiem Unii Europejskiej. To znowu może oznaczać
nadzieję dla państw, które wiele łączy z Turcją, że zbliżą się
nie tylko do NATO i jego członków, ale również do Europy jako
potencjalnych partnerów handlowych. Jeśli Turcja może przedstawiać siebie jako pomost do przetrwania, bezpieczeństwa i dobrobytu, dzieje się tak tylko dlatego, że ochrona, którą gwarantowała Rosja zakończyła się fiaskiem. Podczas wojny, którą toczy, Moskwa wydaje się nie przejmować szkodami, które uczyniła, zarówno na swoim własnym terytorium, jak i za granicą. Rozsiewając podziały, Rosja może w przyszłości zebrać plon w postaci utraty pozycji siły jednoczącej. |
|
Wrocław,
09.05.2001
|